Forum

Najciekawsze historie świata

Obyczaje
11 kwietnia 2013

Temat Tygodnia: odwaga cywilna

Dzielni ludzie

Dlaczego jedni bez wahania rzucają się na pomoc innym ludziom, nie bacząc na własne bezpieczeństwo, a inni odwracają oczy?
Jürgen Dahlkamp i in.
Der Spiegel Der Spiegel

Widzieli się już raz, ale tylko przez kwadrans, przed trzema laty. Lena Formanowicz nie może dziś sobie przypomnieć ani jego twarzy, ani w ogóle tego, że on tam był. Co powinna mu teraz powiedzieć? Nie wie, choć przecież zdaje sobie sprawę, że gdyby nie Horst Hoffmann, od trzech lat nie byłoby jej wśród żywych. Spotykają się w lokalu. 22-letnia Lena Formanowicz chce podziękować. Powinna to zrobić dawno temu, ale potrzeba jej było tyle czasu. Przyniosła bukiet kwiatów i butelkę alkoholu, żeby nie przyjść z pustymi rękami. Jednak o tym, ile dla niej znaczy to spotkanie, świadczy nie tyle prezent trzymany w ręku, ile tatuaż na przedramieniu: są tam dwa chińskie znaki, jeden oznacza życie, a drugi szczęście, i jest też data: 5.12.09.

Tamtego dnia Hoffmann wyciągnął ją z płonącego samochodu. Próbował uratować też jej przyjaciółkę Jessicę, ale nie zdążył. W ciągu tego kwadransa przy zjeździe z autostrady ryzykował życie. Zahamował, zamiast jechać dalej, rzucił się na pomoc, zamiast tylko się gapić, a gdy bak eksplodował, żar buchnął mu w twarz.

Ostatnie 15 minut

Potem ukazała się o nim tylko krótka notatka w lokalnej gazecie, gdy dostał od władz landu Nadrenia Północna-Westfalia medal za uratowanie życia. Tylko tyle. Takich historii z happy endem i medalem za ratunek jest wiele. A przecież trzeba by doliczyć jeszcze i te przypadki, gdy nie wręczono medalu, bo nie było happy endu. Ponieważ niebezpieczeństwo okazało się większe niż szansa ratunku. Na przykład wtedy, gdy ludzie próbujący ratować ofiary wypadku na autostradzie sami dostali się pod koła rozpędzonego samochodu. Albo jak w szczególnie wzruszającym przypadku z ostatnich dni, kiedy siedmioletni chłopczyk próbował ratować pięcioletniego kolegę, pod którym załamał się lód na stawie – i sam utonął.

Wszystkie te historie, o których w gazetach donoszą tylko małe notki, mówią przecież o ludzkiej wielkości. O takich, którzy ryzykowali własne życie dla ratowania innych, choć kto inny na ich miejscu być może z góry by uznał, że nie ma szans. Dlaczego oni to robią, a inni nie? Bywa przecież tak, że za te 15 minut wybawcy nikt nawet nie podziękuje. A któż by liczył na owe 15 minut sławy, o której ponoć każdy marzy – skoro ryzykuje się, że może to być zarazem ostatnie 15 minut życia?

Co odróżnia więc tych bohaterskich od gnuśnych, tych z odwagą cywilną od takich, którzy nie chcą się do niczego mieszać? Na ten temat prowadzi się od lat badania, eksperymenty, sondaże. Badacze studiowali zarówno wcześniejsze koleje życia bohaterów, jak i okoliczności akcji ratowniczej. Ale co w ciągu sekund skłania człowieka do podjęcia akcji ratunkowej, być może z tragicznym skutkiem dla samego siebie – to może wiedzieć tylko ktoś, kto już sam taką sytuację przeżył. Ktoś taki, jak Horst Hoffmann z Siddinghausen, Anke Heilbronner z Berlina, Peter Ratzenböck z Osterhofen czy Dennis Harter z Kilonii. Ale, prawdę mówiąc, czasem oni sami później nie są w stanie tego sobie wytłumaczyć.

Hoffmann jeździ tą trasą od 32 lat, ma 96 km od swego domu w Siddinghausen do miejsca pracy w Dortmundzie. Jeździ co dzień przez pięć dni w tygodniu, a nieraz także w sobotę – jak wtedy. Te dojazdy to już dla niego rutyna. Hoffmann jest kierownikiem zakładu, lubi takie spokojne soboty, gdy może się zająć sprawami, na które w tygodniu nigdy nie starcza czasu. Tamtego dnia, 9 grudnia, zamierzał wraz z paroma robotnikami przerobić ciągarkę do stali.

4.45 rano, jeszcze noc, prawie pusto na autostradzie. Na rozjeździe skręca w prawo, do Dortmundu, od fabrycznego parkingu dzieli go jeszcze 15 minut jazdy. Jednak w tym momencie z lewej strony, w gęstwinie krzaków za barierką, widzi błysk ognia. Płomień. Skąd tu płomień? Hamuje, wyskakuje z samochodu, pokonuje barierkę, przedziera się przez kłujące krzaki – i już stoi przy aucie, po którego masce pełzają języki ognia. Lena Formanowicz nie może sobie przypomnieć, jak to się stało. Może zdrzemnęła się, siedząc obok kierowcy. Wracały z dyskoteki w Dortmundzie, prowadziła jak zawsze jej przyjaciółka, 26-letnia Jessica. Z Jessiki zawsze żartowano w gronie kolegów, bo jeździła bardzo powoli i ostrożnie, a po alkoholu nigdy nie siadała za kółkiem. Ale tym razem, zamiast skręcić, wjechała przez barierkę w gąszcz. Może przysnęła? Opel uderzył w pień drzewa i natychmiast pokazał się ogień. Lena odpięła jeszcze pas, otworzyła drzwi, ale nie była w stanie się podnieść. Obok Jessica, wciśnięta w deskę rozdzielczą, nieruchoma, nawet bez jęku.

Wieś się broni

Hoffmann będzie później opowiadał, że działał jak automat. Widział płomienie, czuł zapach benzyny. Złapał Lenę, wyciągnął ją z fotela i zaniósł na trawę, jak najdalej od samochodu. Potem podbiegł do auta z drugiej strony. Kobieta za kierownicą była zaklinowana, języki ognia strzelały z deski rozdzielczej, od płomieni zajęły się już jasne włosy. Próbował ręką zdusić ogień, ciągnął dziewczynę, ale nie mógł jej oswobodzić.

Nie wiedział, czy ona żyje. Dziś mówi, że gdyby jęczała, chyba by uciekł, nie mogąc znieść grozy sytuacji i własnej bezsilności. Nie dawała jednak żadnych oznak życia. Potem rozległ się huk, całe wnętrze samochodu stanęło w płomieniach – nie był już w stanie nic zrobić. – Trzęsły mi się ręce, odszedłem, nie mogłem na to patrzeć. Gdy przyjechała policja i spisywała jego dane, spytał tylko, czy może już jechać dalej. O 5.15 zaparkował swojego seata na fabrycznym parkingu, ale o ciągarce nie był w stanie nawet myśleć.

Formanowicz miała złamany obojczyk, zerwane więzadło krzyżowe. Od tamtej pory nie może do końca zgiąć kolana, ale to nie jest najgorsze z późnych następstw wypadku. Długo tłumiła w sobie to przeżycie, opowiadała znajomym, że miała wypadek na nartach. – Zupełnie straciła swoją dawną pewność siebie – mówi jej matka. Gdy Lena przeczytała w gazecie, jak nazywa się człowiek, który ją uratował i dostał medal, bała się do niego odezwać. – Żeby to wszystko nie dopadło mnie znowu z całą siłą.

Także Hoffmann wolałby zapomnieć. – Nie czułem się jak bohater. Przewracał się wieczorami w łóżku, nie mogąc zasnąć. Stale zadawał sobie pytanie, czy zawiódł i co mógł zrobić lepiej. Jedną młodą kobietę uratował, ale druga poniosła śmierć. – To straszne, stale miałem przed oczami te obrazy. Każdego ranka przejeżdżał tamtędy i wtedy znów stawał mu przed oczami widok płonącego auta. Z wolna uświadamiał sobie, jak mało brakowało, żeby sam zginął. Z początku nie zdawał sobie z tego sprawy. Żona powiedziała mu potem, że miał naprawdę dużo szczęścia. Mimo wszystko jedna myśl nigdy nie przyszła mu do głowy: że byłoby lepiej, żeby się tam wówczas nie znalazł. Żeby przejeżdżał tamtędy 15 minut wcześniej albo później, by ratowanie przypadło komuś innemu.

Zarówno życiorys, jak i sama sytuacja czyniły z niego klasycznego wybawcę. Ojciec Hoffmanna zginął w katastrofie górniczej, gdy chłopiec miał 10 lat. Był jedynym synem, miał jeszcze cztery siostry, wcześnie musiał wziąć odpowiedzialność na swoje barki. Podobnie później, w pracy – to on jako kierownik zakładu przydzielał robotę 90 kolegom. Co więcej, mieszka na wsi. Jest członkiem miejscowej drużyny piłkarskiej i kółka strzeleckiego. Wpleciony w społeczną sieć, znacznie mocniejszą na wsi niż w dużym mieście. Na prowincji człowiek przychodzący drugiemu z pomocą wie, że i jemu by pomagano. Pomoc należy do reguł postępowania. Kto nie stosowałby się do tych reguł, sam postawiłby się poza obrębem wspólnoty, a cała wieś wzięłaby go na języki.

Amerykańscy naukowcy wykazali, że na wsi gotowość ludzi do przyjścia z pomocą jest większa niż w dużym mieście. To samo dotyczy osób, które w pracy mają częsty kontakt z ludźmi: kierowców autobusów, nauczycieli, przedszkolanek. Tak jak przedszkolanka Ina König z Dolnej Saksonii, która latem zachowała się po bohatersku, gdy podczas wycieczki do lasu jedno z dzieci wpadło do starego szybu. Kobieta skoczyła za nim, nie wiedząc nawet, jak głęboki jest otwór. Spadała i ześlizgiwała się na głębokość 25 metrów, wylądowała w dole pełnym wody, złapała dzieciaka i trzymała go przytulonego, aż strażacy wyciągnęli oboje na powierzchnię.

Sam jeden

Ważnym czynnikiem, zdaniem psychologów, jest to, czy ludzie ratujący życie innym są sami na miejscu zdarzenia i czy cała odpowiedzialność spada tylko na nich. Jak to było z Hoffmannem, który sam jeden znalazł się na miejscu katastrofy. Gdyby nie rzucił się na pomoc, nie zrobiłby tego nikt inny. Podobna sytuacja zdarzyła się raz jeszcze tego samego dnia, 5 grudnia, tyle że 514 km dalej na południe – w Bawarii. Gdyby Peter Ratzenböck nie zrobił wszystkiego, co było w jego mocy, trójka przyjaciół już by nie żyła. Nie było na miejscu nikogo innego, kto mógłby wyciągnąć ich z nurtów rzeki.

Tamtego dnia 23-letni Daniel Duschl rankiem był na pogrzebie dziadka, a wieczorem miał już pewność, że i jego życie się skończyło. Wisiał głową w dół, przypięty pasami, na tylnym siedzeniu bmw. Samochód leżał na dachu w rzece Vils, Daniel miał już głowę pod wodą. Zdążył jeszcze pomyśleć o swoim bracie i o tym, że pokłócili się rano. I o rodzicach, co będzie z nimi, gdy dostaną wiadomość o jego śmierci. Wtedy jednak zobaczył białe światło i pomyślał, że to właśnie koniec. Ale zaraz poczuł rękę, która odpięła go z pasa i mocno szarpnęła w górę, nie zwalniając uchwytu, aż do pierwszego haustu powietrza w jego drugim życiu. Na powierzchni zwymiotował.

24-letni Peter Ratzenböck wydobył z tonącego bmw najpierw Stefana, potem Steffi i na końcu Daniela. W ciągu sekund uświadomił sobie, że tylko on jeden zdążył wydostać się z auta, a w pobliżu nie ma żywej duszy. I zanurkował do samochodu, który pogrążał się coraz głębiej – skakał tak trzy razy z rzędu, przy temperaturze zero stopni.

Peter opowiada to wszystko całkiem na luzie: jak jechali we czwórkę, jak na moście samochód wpadł w poślizg i trzasnął w barierkę, jak sam wydostał się z boku przez okno i wyciągał innych. Na samym końcu Daniela, gdy wóz leżał już na dnie rzeki. – Ciągnąłem go za rękę, aż się znalazł na zewnątrz, wcześniej bym go nie puścił. To wszystko może opowiedzieć, ale nie wie, co sprawiło, że nie uciekł w odruchu paniki. Tak jak Steffi, której musiał później szukać, bo zszokowana pobiegła przed siebie, byle dalej od miejsca wypadku. Uciekać w obliczu niebezpieczeństwa każe nam pierwotny instynkt. Niegdyś łowca uciekał przed mamutem, zostawiając swego stratowanego towarzysza na łasce losu. Współcześnie wystarczy zamknąć drzwi, głośniej nastawić telewizor. Nie ruszyć się z miejsca. Jak w słynnym przypadku Kitty Genovese, w 1964 r.

Siła wstydu

Przypadek Genovese to klasyczny przykład zachowania naocznych świadków. 28-letnia kobieta wracała nocą do domu z baru, w którym pracowała. Krótko po trzeciej znalazła się przed swoim domem w nowojorskiej dzielnicy Queens. Tam czekał przestępca, który rzucił się na nią z nożem. Wzywała pomocy, w niektórych mieszkaniach zapaliło się światło, jakiś męski głos krzyknął: Zostaw ją! Mężczyzna uciekł, światła w oknach pogasły – wtedy sprawca wrócił. Genovese jęczała: Umieram, umieram! Znowu światła w oknach, przestępca znika w mroku. Gdy jednak nadal nikt nie zszedł, by pomóc, morderca powrócił i uciszył dziewczynę na zawsze. Później wyszło na jaw, że 38 osób słyszało krzyki. Ktoś tłumaczył potem reporterowi z gazety: Nie chciałem być w to wmieszany…

Co prawda kodeks karny przewiduje karę za nieudzielenie pomocy w sytuacji zagrażającej życiu. Jednak nic nie czyni z człowieka większego tchórza niż świadomość, że otacza go gromada ludzi. Niektórych unieruchamia wstyd: kto zareaguje, ten ściągnie na siebie wzrok wielu osób. I zblamuje się na oczach tłumu, jeśli nie uda mu się pomóc albo gdy się okaże, że ocenił sytuację jako bardziej dramatyczną, niż na to zasługiwała. A więc lepiej odczekać, nie ryzykować… Dla takiego świadka obawa przed wygłupem okazuje się silniejsza niż troska o cudze życie.

Tłum paraliżuje, bo każdy może się w nim schować. Dlaczego ja, skoro naokoło jest tylu innych? Po śmierci Genovese psycholodzy przeprowadzili eksperyment. Uczestnicy testu, sami w małym pomieszczeniu, mieli rozmawiać przez telefon z innymi, znajdującymi się za ścianą, o problemach studenckiego życia. Taka luźna pogawędka. Niekiedy był to dialog pary uczestników, kiedy indziej odbywała się telekonferencja z udziałem kilku osób. Wszystkie głosy rozmówców były nagrane na taśmę. Nagle głos w telefonie załamywał się, rozlegał się jęk: Ja…aaa …pomocy …duszę się …umieram…

Wynik testu: 85 proc. uczestników, którzy sądzili, że są w lokalu sam na sam z nieszczęsnym rozmówcą, wybiegło z pokoju, by mu pomóc – średnio zajęło im to 52 sekundy. Spośród tych, którzy sądzili, że w konferencji bierze udział sześcioro uczestników, tylko 31 procent wyjrzało z pokoju, a i to dopiero po upływie przeszło dwóch minut. – W sytuacjach grupowych drastycznie maleje poczucie odpowiedzialności, gdyż każdy chętnie zrzuca odpowiedzialność na innych – twierdzi Frank Musolesi, ekspert w zakresie psychologii gospodarczej z uniwersytetu w Heidelbergu.

Jego studenci dwa lata temu siadali na schodach dworca. Każdy był czysty, porządnie ubrany, nie rozrabiał, nie wrzeszczał. Tylko jęczał żałośnie i zwijał się z bólu. Spośród siedmiu tysięcy przechodniów, którzy mijali cierpiącego młodego człowieka, zaledwie 94 zainteresowało się i zaoferowało pomoc. Podobnie było w pasażu handlowym: duże miasto, tłumy, obojętność. Tysiące ludzi przechodzących obok, spoglądających i uspokajających się, że zajmie się tym kto inny – ktoś odporniejszy, silniejszy, mający więcej czasu.

Ludzie nie angażują się, bo sądzą, że powołany do tego jest kto inny. W kwietniu 2011 r. na berlińskiej stacji metra Friedrichstrasse jeden z dwóch młodocianych chuliganów uderzył siedzącego na ławce mężczyznę butelką w twarz. Potem kopał go w głowę, aż tamten stracił przytomność. Nie tylko te zdjęcia z zainstalowanej na peronie kamery okazały się szokujące. Gdy młody turysta z Bawarii złapał bandziora od tyłu, zawołał do mężczyzny sprzątającego peron: Pomóż mi! Tamten jednak odmruknął tylko: Nie wolno mi – i odszedł ze swoim sprzętem. Także inni na peronie nie pomogli, choć było tam 20–30 osób. Wszyscy bezczynnie gapili się lub odwracali wzrok, aż bandzior wyrwał się i uciekł razem z kolegą.

Zero reakcji

Świt 4 maja ub.r. 24-letni Dennis Harter wjeżdża regionalnym pociągiem na dworzec w Kücknitz. Jest w trakcie nauki – zamierza zostać wytwórcą butów ortopedycznych. Jedzie do szkoły, głowę opiera o szybę, słucha muzyki. Cały wagon jest pełen podróżnych. Wzrok Hartera błądzi po peronie i zatrzymuje się na człowieku opartym o barierkę. Wygląda na włóczęgę. Trzej młodzi mężczyźni okrążają go i nagle jeden z nich z całej siły kopie go w twarz. Harter zrywa się na równe nogi i krzyczy: Hej, tam kogoś biją! Żadnej reakcji. Woła: Idę tam! Żadnej reakcji. Wysiada sam z pociągu, idzie w kierunku tamtych trzech, krzyczy: Zostawcie go! Zadzwoniłem już na policję!

Drzwi wagonu zamykają się za jego plecami. Harter naciska guzik, wali rękami w szyby, ale nikt nie pociąga za hamulec bezpieczeństwa. Pociąg odjeżdża. Z jego plecakiem i komórką w środku. Gdy Harter się odwraca, napastnicy stoją tuż przed nim. Trzech na jednego. Silny cios w kość jarzmową powala go na ziemię. Napastnicy kopią go po głowie, Harter usiłuje osłonić twarz rękami. Ma nadzieję, że ludzie w pociągu przynajmniej zadzwonili na policję.

Po kilku minutach napastnicy mają dosyć. Harter też. Bezdomny zniknął, nie spotka go już nigdy. Krwawiąc, wlecze się do przystanku autobusowego. Gdy wsiada do autobusu, nikt nie pyta go, co się stało i czy przypadkiem nie potrzebuje pomocy. Autobus zatrzymuje się przy porcie w Travemünde, gdzie znajduje się szkoła Hartera. Chłopak spotyka nauczycielkę, która dzwoni na policję i po karetkę. W szpitalu lekarze stwierdzają złamanie dwóch żeber, złamany nos, złamaną kość jarzmową, stłuczenia na całym ciele.

Żaden pasażer nie zadzwonił na policję. – Może byli zbyt zszokowani – mówi Harter, wzruszając ramionami. Pochodzi z rodziny, w której kładziono nacisk na to, by troszczyć się o siebie nawzajem. Na pytanie, jak rodzina zareagowała na wiadomość, że jako jedyny rzucił się na pomoc, jego matka odpowiada: Nie spodziewałabym się po nim żadnej innej reakcji. Harter nie robi wyrzutów ludziom z pociągu – no, może ma żal do tej osoby, która ukradła jego plecak. Inni po prostu zastygli w bezruchu. – Może ze strachu, zobojętnienia, ze zmęczenia. Wszystko potoczyło się przecież tak szybko.

Ratowanie czyjegoś życia w sytuacji, gdy wymaga to konfrontacji z innymi ludźmi, potrzeba znacznie więcej odwagi niż udzielanie pomocy po wypadku. Tu bariera psychiczna jest znacznie większa. – Wiele osób nie chce się wtrącać właśnie dlatego, że obawia się o siebie – mówi emerytowany kryminolog Hans-Dieter Schwind. Ludzie, którzy biją i wyzywają, są nieprzewidywalni. Żeby w wagonie metra unieważnić państwo prawa i zaprowadzić dyktaturę terroru, wystarczy jeden cios pięścią. Potem niewielu śmiałków odważy się pomóc ofierze. Większość robi wszystko, żeby nie patrzeć w tę stronę, żeby broń Boże nie spojrzeć agresorowi w oczy. A jednak są tacy, którzy potrafią się przemóc. Pokonać w sobie lęk przed tym, żeby samemu nie stać się ofiarą. Nie szukają wymówek, za którymi i tak czai się tylko strach. Na przykład – że to na pewno nie jest tak poważna sytuacja, jak się wydaje.

5 kwietnia 2011 r. 47-letnia sekretarka szkolna Anke Heilbronner z Berlina wyszła w przerwie wyprowadzić psa na spacer. Szli jak zwykle przez ogródki działkowe w dzielnicy Lichtenberg. Wokół altanki, świeżo uprzątnięte grządki, pierwsze kwiaty, jakiś mężczyzna w szarym palcie. Palto jest obszarpane, a obok mężczyzny idzie jasnowłosa dziewczynka, może dziesięcio-, dwunastoletnia, w różowych legginsach. – Nie rozmawiali ze sobą, a dziewczynka cały czas nerwowo przebierała palcami – przypomina sobie Heilbronner. – Od razu sobie pomyślałam: „To nie może być ojciec i córka”.

Mężczyzna usiłował wziąć dziewczynkę za rękę, ona ją odsunęła. Po mniej więcej 150 metrach skręcił z dzieckiem i wszedł na jakiś opuszczony teren, gdzie stał biały barak. W głowie kobiety kotłowały się myśli: czy powinna wołać o pomoc? Wbiec do baraku? A jeśli to wszystko ma jakieś proste wytłumaczenie? A jeżeli nie? Może mężczyzna zabije ją, a dziecku i tak zrobi krzywdę... – Pomyślałam jednak, że jeżeli nic nie zrobię, dojdzie do jakiejś tragedii.

Dzwoni do swojej szkoły, prosi, żeby przybiegł tu jej kolega, szybko, a wcześniej zadzwonił na policję. Jeszcze w trakcie tej rozmowy słyszy krzyk dziecka. Zatrzymuje przejeżdżającego rowerzystę, nie ma już czasu do stracenia. Razem biegną w stronę baraku. Gdy kobieta chce złapać za klamkę, drzwi znienacka otwierają się, mężczyzna wypada ze środka, a dziewczynka płacząc, rzuca się w jej ramiona.

Potem, na policji, rozpoznaje na zdjęciach Uwe K., mężczyznę, który odsiedział już 11 lat w więzieniu za wykorzystywanie seksualne dzieci. Niedawno wyszedł na wolność. Policja złapała go mniej więcej po trzech miesiącach, w tym czasie udało mu się jeszcze napaść na 16-latkę. Podczas procesu okazało się, że zaczepił jasnowłosą dziewczynkę pod szkołą specjalną. Obiecał, że jeśli z nim pójdzie, da jej komórkę. Został skazany na trzy i pół roku więzienia – za przemoc seksualną i zmuszanie do czynności seksualnych.

– Było dla mnie oczywiste, że nie mogę po prostu przejść obojętnie – mówi Heilbronner. Także ona wychowywała się w rodzinie wielodzietnej, także ona pochodziła z mieściny, w której jeszcze liczyła się wspólnota. – Może to stąd – dodaje. I być może ta cała sprawa z matką dziewczynki naprawdę jej wcale nie przejęła. Bo matka dziewczynki nawet jej nie podziękowała. Ale przecież nie o to chodziło.

© Der Spiegel, distr. by NYT Synd., 11.03.2013

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć