Forum

Najciekawsze historie świata

Obyczaje
20 czerwca 2013

Korupcja w łóżku

Partyjne namiętności

Zapis randki lokalnego notabla z nastoletnią prostytutką wstrząsnął Chinami. Oburzony lud domaga się całej prawdy o zepsuciu elit, ale władze bardziej niż rozpusty boją się swobodnego rozprzestrzeniania informacji.
Daily News
Tygodnik FORUM Tygodnik FORUM

Pułapkę na polityków zastawił sześć lat temu lokalny magnat rynku nieruchomości Xiao Ye. Miał prosty pomysł: podstawiać ważnym urzędnikom atrakcyjne dziewczyny, nagrywać ich wyczyny w sypialni, a potem ustawić się po lukratywne kontrakty budowlane w prowincji Chongqing.

Piętnowanie i przesłuchanie

Największą rybą, jaka dała się złapać, był jeden z szefów partii komunistycznej w prowincji, Lei Zhengfu. Zwalisty, z fryzurą stylizowaną na Mao, 54-letni dziś polityk uległ wdziękom o ponad 30 lat młodszej studentki medycyny Zhao Hongxia. Pamiątką po romansie stało się nagranie zarejestrowane w jednym z miejscowych hoteli. Tajemnica zapewne pozostałaby wyłącznie w kręgu zainteresowanych, gdyby nie dziennikarz i bloger Zhu Ruifeng, który jeszcze pod koniec ubiegłego roku zaczął wrzucać do internetu pojedyncze kadry, a w końcu umieścił na YouTube całe nagranie schadzki.

W tym momencie nie było już odwrotu – tym bardziej że swoją wersję wydarzeń opublikowała w internecie również Zhao. Wyznała otwarcie o Xiao Ye: „Spytał wprost, czy chcę być prostytutką służącą wybranym urzędnikom, z którymi miał relacje biznesowe. Zaoferował za to 50 tysięcy juanów (około ośmiu tysięcy dolarów). W ciągu następnych kilku tygodni znalazł dla mnie kilka dziewczyn, które poinstruowały mnie, co mam robić, a noc przed tym, jak poznałam Lei, sam przespał się ze mną w ramach przesłuchania”. Ta otwartość jest nieprzypadkowa: Zhao ma dziś 24 lata, jest mężatką z rocznym dzieckiem i grozi jej kilka lat odsiadki.

Nagranie umieszczone na YouTube internauci kopiowali na dziesiątki innych stron internetowych, omijając bariery, jakie mnożyli chińscy cenzorzy. Lei Zhengfu nie ocalił skóry – już po trzech dniach od pojawienia się nagrania został usunięty ze stanowiska i wkrótce trafił do aresztu oskarżony o przyjmowanie łapówek. Wydalono go też z Komunistycznej Partii Chin. W sumie do końca maja kary spotkały 15 urzędników z najwyższych kręgów władzy oraz sześciu szefów państwowych przedsiębiorstw w prowincji. W większości byli oni bohaterami innych nagrań z kolekcji Xiao.

Skandal pozostałby lokalną ciekawostką, gdyby nie fakt, że za Wielkim Murem dostarczanie dygnitarzom młodych kochanek jest jedną z najpowszechniejszych metod wręczania łapówki. Zhu Ruifeng, który od lat piętnuje korupcję, twierdzi, że jest w posiadaniu wielu podobnych nagrań – i choć przezornie powstrzymuje się od ich publikowania, to wielu rodaków wierzy w jego zapewnienia.

Co więcej, najwyraźniej wierzą mu też chińscy milicjanci, którzy natychmiast po ujawnieniu afery wzięli blogera na wielogodzinne przesłuchanie. Tyle że sam Zhu i liczna rzesza czytelników jego bloga jest przekonana, że organy ścigania raczej chcą zamknąć dziennikarzowi usta, niż wkroczyć na mroczne terytorium kontaktów między władzą a wielkim biznesem. Jeszcze w zeszłym roku partyjna prasa wychwalała „oddolną kampanię” walki z korupcją, jaką Zhu ogłosił na swoim blogu. W tej chwili komentarze są znacznie chłodniejsze: blogerzy stali się potencjalnym zagrożeniem dla stabilności państwa, a chętne do zeznawania przed sądem dziewczyny – nagle straciły wiarygodność.

„Chiny nie mogą zdawać się na mściwe kochanki” – skomentował partyjny dziennik „Renmin Ribao”. „Ich motywy są takie same jak łapówkarzy: chciwość” – ciskał oskarżenia autor komentarza. Jednak dla wielu jego czytelników takie postawienie sprawy musi wyglądać na próbę ukręcenia łba największym aferom ostatnich miesięcy. Tak się bowiem składa, że w całym Państwie Środka odnotowano w ostatnich miesiącach co najmniej kilka podobnych spraw, w których chcą zeznawać byłe kochanki dygnitarzy. Najbardziej spektakularny przypadek dotyczy zastępcy szefa najważniejszej chińskiej agencji planowania, Komisji Rozwoju Narodowego i Reform – jego była metresa twierdzi, że państwowy menedżer zdefraudował sumę sięgającą 200 milionów dolarów!

Film dobry na wszystko

A trzeba pamiętać, że z nagraniami scen seksu nie da się polemizować, ich siła rażenia jest miażdżąca. Pewnie dlatego są tak powszechnie wykorzystywane jako broń w tajnych rozgrywkach wśród ludzi władzy. Sekstaśma złamała karierę Prokuratora Generalnego Rosji Jurija Skuratowa, który u schyłku rządów Borysa Jelcyna próbował dobrać się do skóry „Rodzinie” – kręgowi najbliższych krewnych i współpracowników władcy Kremla. Wiosną 1999 r. inspektorzy prokuratury zaczęli dociekać, jakie relacje wiążą córki Jelcyna – Tatianę Diaczenko i Jelenę Okułową – ze szwajcarską firmą Mabetex, która podpisała kilka „tłustych” kontraktów budowlanych z władzami Rosji. Skuratow twierdził, że córki prezydenta zostały przez firmę obdarowane kartami kredytowymi, zapewniającymi nieograniczony dostęp do olbrzymich pieniędzy. Kreml odpowiedział oskarżeniami o nadużywanie stanowiska, a państwowa telewizja wyemitowała nakręcony ukrytą kamerą film, na którym prokurator baraszkuje z dwiema prostytutkami.

Skuratow stanowiska nie ocalił, choć władza Jelcyna słabła z miesiąca na miesiąc. Próbował jeszcze startować w wyborach prezydenckich, ale wyścig zakończył z niezbyt imponującym wynikiem 0,43 proc. głosów. Ostatecznie pozbył się go rok po wybuchu skandalu prezydent elekt Władimir Putin.

Krótkie, sześciominutowe nagranie in flagranti zdruzgotało też przed laty system polityczny Turcji. Deniz Baykal, szef Republikańskiej Partii Ludowej, która rządziła Turcją od ustanowienia republiki do 2003 r., przyjaźnił się z jedną z deputowanych z własnej partii od dawna, o czym w partii wiedzieli wszyscy. Upublicznienie nagrania było jednak szokiem. Sam Baykal od początku twierdził, że za tym ujawnieniem stoi polityczna konkurencja. – To nie jest sekstaśma, to spisek – zapewniał. Po trwającym tydzień zamieszaniu Baykal złożył dymisję, ale Republikańska Partia Ludowa do dziś nie podniosła się z kryzysu.

O tym, że przy dokumentowaniu pikantnych chwil swojego związku trzeba zachować szczególną ostrożność, przekonała się też gwiazda irańskiej telewizji – Zahra Amir Ebrahimi. Amatorskie wideo, jakie zarejestrował w sypialni jej ówczesny chłopak, nie robiło być może wielkiego wrażenia na dwudziestoletnich rówieśnikach aktorki. Ale już na ultrakonserwatywnych władzach Iranu – wręcz przeciwnie. Nagranie szerzyło się na nielegalnie kopiowanych płytach DVD, w ciągu kilku tygodni rozeszło się około 100 tysięcy płyt. Władze natychmiast zakazały Ebrahimi pokazywania się na ekranie. Ebrahimi do dziś utrzymuje, że to nie ona jest uwieczniona na pikantnym nagraniu, ale i tak musiała uciekać z kraju.

Nagrania scen seksu są powszechną bronią w tajnych rozgrywkach wśród ludzi władzy

Podobny był też efekt 11-minutowego nagrania, które zrobiło furorę na Bałkanach. Chwile intymności w hotelowym pokoju zarejestrowała na nim popularna piosenkarka Severina Vucković. I znowu, nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że partnerem stylizującej się na bałkańską Angelinę Jolie gwiazdki był znany z przywiązania do wartości rodzinnych chorwacki biznesmen z Bośni, a sama Severina wielokrotnie zapewniała wcześniej, że jest gorliwą katoliczką, dziewicą i z podjęciem życia erotycznego chce czekać do ślubu. W sądzie jednak najwyraźniej całkowicie zmieniła światopogląd. – Posiadam prawa autorskie do tego nagrania – oświadczyła, żądając odszkodowania od redakcji, która je ujawniła.

Ciasno w sieci

To, co się dzieje w Chinach, ma jednak zupełnie inną skalę. To nie jest pojedyncze nagranie, ale próba zrobienia wyrwy w systemie państwowej cenzury. Chińska blogosfera codziennie śledzi wpisy Zhu Ruifenga i komentuje je na setkach portali społecznościowych czy blogów prowadzonych przez jemu podobnych. Jego naśladowcy codziennie ujawniają plotki o łapówkach, prezentach, domach i dziewczynach, z jakich mogą korzystać decydenci w zamian za upraszczanie życia biznesmenom.

Tymczasem od grudnia ubiegłego roku cenzura bezwzględnie kasuje posty i całe strony internetowe zawierające niewygodne informacje. Z wzorowanego na Twitterze serwisu Weibo zniknęły m.in. konta osób, które pisały o możliwym wybuchu epidemii ptasiej grypy w prowincji Guizhou czy o sprawie 28-latki z Pekinu, która opisała zbiorowy gwałt i morderstwo innej młodej kobiety w stolicy – i napomknęła, że policja odmówiła zajęcia się sprawą. W ciągu paru godzin z Weibo zniknęło kilka kont prowadzonych przez znanego krytyka cenzury Muronga Xuecuna. Jego cierpkie uwagi na temat tego, co uniwersyteccy wykładowcy mogą omawiać na zajęciach ze studentami, śledziło 8,5 mln użytkowników serwisu. Inspektorzy nie mieli wyrozumiałości nawet dla He Binga, jednego z kierowników Chińskiego Uniwersytetu Nauk Politycznych i Prawa. He ośmielił się opublikować na swoim koncie plotkę o tym, że jeden ze studentów zabił cenzora, który zawiesił jego konto. Plotka czy nie – wpis był dla inspektorów nie do zaakceptowania i w efekcie konto profesora zniknęło z sieci.

Na razie blogerzy i tak mogą mówić o szczęściu. Zgodnie z obowiązującym w Chinach prawem osoby rozpowszechniające plotki lub fałszywe informacje mogą zostać skazane nawet na dziesięć lat więzienia. Być może władze w Pekinie zaczynają się jednak obawiać rodzącej się w Państwie Środka opinii publicznej. Internetowa społeczność za Wielkim Murem liczy już pół miliarda i zaczyna pokazywać swoją siłę – nie tylko w przypadku skandalu w Chongqing, który błyskawicznie rozrósł się do rozmiarów ogólnonarodowego skandalu.

Przypadki te są jednak jedynie przygrywką do tego, co ma nastąpić. Xi Jinping obiecał rodakom, że jego służby antykorupcyjne będą łowić nie tylko „muchy”, ale też „tygrysy” – skorumpowanych polityków z najwyższych szczebli władzy. – Mamy już całkiem duże muchy, ale ani jednego, choćby małego tygrysa – komentuje Minxin Pei, ekspert z Claremont McKenna College. – Zobaczymy, czy rząd pozwoli na ujawnienie występków któregoś z ministrów, a następnie czy go ukarze.

Daily News

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć