Forum

Najciekawsze historie świata

Rozmowa
1 sierpnia 2013

Aktorstwo lekiem na nieśmiałość

Zawsze jest się z czego pośmiać

„Nie zostaniesz gwiazdą, na ekranie wyglądasz zbyt pedalsko” – powiedział jego menedżer, rezygnując ze współpracy. Dwa lata później Michael Caine był znany na całym świecie.
rozm. Tobias Kniebe
Süddeutsche Zeitung Süddeutsche Zeitung

Załóżmy, że za chwilę zacznie pan mówić cockneyem (londyńska gwara – przyp. FORUM). Co by się stało?
Michael Caine: Nie zrozumiałby pan ani słowa. Nic w tym dziwnego. Kiedyś nakręciłem w Anglii bardzo popularny film „Alfie”, którego bohater mówił właśnie ta gwarą. W Stanach Zjednoczonych ludzie bezradnie kręcili głowami. Powstała wersja soft na Amerykę – każde zdanie musiałem nagrać jeszcze raz. Cockney to nie tylko akcent. To wypowiadanie słów z prędkością karabinu maszynowego. Im niżej jesteś w brytyjskiej drabinie społecznej, tym szybciej musisz mówić. Przecież i tak nikt cię nie słucha.

Po „Alfiem” modne było mówienie w ten sposób.
To prawda. Ale nie tylko posługiwanie się cockneyem stało się cool. W drugiej połowie lat 60. nastała przecież rewolucja kulturowa, każdy nagle zaczął interesować się klasą robotniczą. Nawet mięczaki z wyższych klas starali się wyglądać jak cockneye i mówić w ten sposób. Ale nas nie mogli na to nabrać.

To prawda, że pana pierwsza większa rola to postać cockneya?
Tak, miałem go zagrać w „Zulu”, ale wyszło inaczej. Gdy zjawiłem się na castingu, tę rolę przydzielono już komuś innemu. Chciałem sobie pójść, ale wtedy amerykański reżyser Cy Endfield spytał mnie, czy nie mówię również akcentem klasy wyższej.

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć