Forum

Najciekawsze historie świata

Rozmowa
10 października 2013

Samantha Geimer: Co mi zrobił Polański

Nie czuję się ofiarą

To nie Roman Polański zrobił mi krzywdę, tylko ludzie, którzy urządzili na niego polowanie, niszcząc też moje życie – mówi Samantha Geimer, autorka książki, w której opisuje skandal sprzed lat ze swoim udziałem.
rozm. Philipp Oehmke
Der Spiegel Der Spiegel

Samantha Geimer mieszka dziś z mężem i trzema synami na Hawajach. Od 1977 r. nie spotkała się z Romanem Polańskim, który, obawiając się długoletniego wyroku, uciekł ze Stanów Zjednoczonych. Gdy miała 13 lat, została wykorzystana seksualnie przez Polańskiego w domu Jacka Nicholsona w Los Angeles. Ostatnio Samantha napisała książkę „The Girl” o tamtym wieczorze 10 marca 1977 r. i o wszystkim, co nastąpiło potem. Procedury prawno-sądowe trwały wówczas rok i skończyły się ucieczką znanego reżysera z USA. 32 lata później Polański został zatrzymany w Szwajcarii i umieszczony w areszcie domowym. O jego ekstradycji miał zadecydować szwajcarski sąd, co wywołało nowe, bolesne kontrowersje wokół całej sprawy.

Wcale się pani nie cieszyła, gdy Roman Polański w 2009 r. został aresztowany…
Samantha Geimer: Niby czemu miałabym chcieć, aby Roman trafił do więzienia?

Bo to, co zrobił w 1977 r., unieszczęśliwiło panią na całe życie.
To nie Roman mnie unieszczęśliwił. Tylko ludzie, którzy wtedy potraktowali go niesprawiedliwie. Gdy cztery lata temu aresztowano go w Szwajcarii, wiedziałam, że znów się zaczną kłopoty. No i media znowu urządziły nagonkę na mnie. Dlatego byłam nieszczęśliwa.

Gdyby Polański powstrzymał się od seksu z trzynastolatką, jaką pani była tamtego wieczoru, nie byłoby tego wszystkiego.
To prawda. Ale Roman przyznał się do tego czynu w sądzie, a w 1977 r. poszedł za to do więzienia. Nie wiem, co jeszcze miałby zrobić.

Uważa pani, że 42 dni spędzone w więzieniu – to dosyć?
Ja nigdy się nie domagałam, aby trafił do więzienia nawet na jeden dzień. Zawarliśmy z sędzią ugodę, która przewidywała wyrok w zawieszeniu, wszystkie strony się na to zgodziły. Ale sędzia odstąpił od warunków umowy. Wysłał Romana na 90 dni do więzienia, gdzie miał przejść badania psychologiczne. Jednak psychologowie w Chino State Prison nie stwierdzili u niego żadnych skłonności do pedofilii i wypuścili go po 42 dniach. Było to upokorzenie dla sędziego, który chciał posłać Romana z powrotem do więzienia – na czas nieokreślony. To mogło być pięć dni albo pięć lat.

To możliwe?
Wtedy z pewnością było. Roman musiał dojść do wniosku, że temu sędziemu już nie można ufać. Dlatego uciekł. Szczerze mówiąc, rozumiem go.

Słuchając pani, zwłaszcza po przeczytaniu książki, odnosi się wrażenie, że to, co zrobił Polański, nie było znowu takie złe.
Nigdy nie byłam taka biedna i załamana, jak twierdzili ludzie. Nadal nie rozumiem, czemu ci wszyscy, którzy uważają, że Roman zrobił coś strasznego, stale chcą widzieć mnie w roli ofiary, która nie może wyjść z ciężkiego szoku? „Och, Polański zrobił ci to – ale właściwie czemu nie jesteś w takim złym stanie?” Ja też jestem feministką. Rozumiem motywy kobiet, które krytykowały mnie publicznie, Ale one chciały, abym się czuła ofiarą, bo w ich kampanii mogłam się przydać tylko jako ciężko doświadczona ofiara. Ale ja taka nie byłam. Do dziś nie uważam się za ofiarę Romana tylko w opinii publicznej, sądów i mediów. To jest powód, dla którego napisałam książkę – i zgodziłam się na ten wywiad.

Jak do tego doszło, że Polański chciał panią sfotografować w 1977 roku?
Roman spotkał moją mamę na jakimś przyjęciu. Powiedział jej, że szuka młodych dziewcząt, które mógłby sfotografować do francuskiej edycji „Vogue’a”. Przyszedł potem do naszego domu, przyniósł ze sobą zdjęcia Nastassii Kinski, jakie zrobił właśnie z myślą o „Vogue’u”.

To były erotyczne zdjęcia piętnastolatki.
Mnie wydawały się piękne. Chciałam zostać aktorką. A wszystko wskazywało na to, że w przypadku Nastassii zdjęcia pomogły jej w karierze.

Czy przedtem słyszała już pani o Polańskim?
Wiedziałam, że to on reżyserował „Chinatown”. Widziałam ten film, ale mi się nie podobał, był zbyt mroczny. Zdawałam sobie jednak sprawę, że Roman jest ważną postacią.

A wiedziała pani o tragediach, jakie odcisnęły się na jego życiu? O rodzicach uwięzionych w obozie koncentracyjnym? O matce, która zginęła w Auschwitz? O Sharon Tate w ciąży, brutalnie zamordowanej przez Charlesa Mansona?
Nie, wówczas nie wiedziałam o żadnej z tych spraw. To wszystko jest straszne.

Poznała go pani osiem lat po śmierci Sharon Tate. Chciał zrobić pani próbne zdjęcia. Pani matka się na to zgodziła?
Tak. Wyszliśmy na uliczkę za domem i Roman zaczął robić mi zdjęcia. W pewnym momencie poprosił, żebym zmieniła bluzkę. Nie nosiłam wtedy stanika, bo jeszcze go nie potrzebowałam, więc odwróciłam się do niego plecami, zmieniając bluzkę. Zabawne było to, że nie przestawał robić mi zdjęć. A potem poprosił, żebym odwróciła się do niego przodem.

Nie wydawało się to pani dziwne?
To był 1977 rok. Świat był wtedy inny. Dorastałam w czasach, kiedy 13-letnia Jodie Foster grała prostytutkę w „Taksówkarzu”. Krótko potem Brooke Shields pojawiła się w „Ślicznotce”, wcielając się w 12-letnią prostytutkę. Seksualizacja dziewcząt w moim wieku należała do głównego nurtu. Dlatego nie wydawało mi się to jakoś specjalnie zaskakujące.

Czy powiedziała pani mamie o półnagich zdjęciach?
Nie. Jakoś zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam. Ale też nie spodziewałam się, by Roman kiedykolwiek jeszcze mnie fotografował. Nie wydawał się specjalnie mną zauroczony.

Ale jednak wrócił.
Dwa lub trzy tygodnie później. Nie byłam specjalnie zachwycona, ale z drugiej strony chciałam znaleźć się w „Vogue’u”. Wybraliśmy kilka ubrań, a on powiedział, że pójdziemy do domu jego przyjaciela, żeby zrobić tam kilka prawdziwych zdjęć.

I pani matka nie obawiała się pani puścić?
Nie. To był przecież ten słynny reżyser. On też miał reputację do stracenia.

Chodziła za nim też opinia kobieciarza – podobnie jak za Jackiem Nicholsonem czy Robertem De Niro. Pojawiały się plotki, że ma romans z Nastassią Kinski.
Wówczas nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tak czy inaczej Roman zawiózł mnie swoim mercedesem – najpierw do domu Jacqueline Bisset, a potem do Jacka Nicholsona.

Znała pani Nicholsona?
Wiedziałam, że to on grał w „Chinatown”. Ale wtedy wydawało mi się, że to po prostu zgraja nudnych dorosłych ludzi. Nicholsona nie było w domu. Roman spytał mnie, czy napiję się szampana.

Czy wcześniej pijała już pani alkohol?
Może kieliszek na Nowy Rok. Nie miałam wyczucia, ile można wypić. Potem Roman zaproponował mi tabletkę quaalude. Spytał, czy wiem, co to jest. Nie chciałam wydać mu się głupim dzieciakiem, więc odpowiedziałam: „Jasne!”. Zresztą naprawdę wiedziałam. Quaalude było popularną pigułką w Los Angeles w 1977 r. Stanowił część kultury. Obrazki przedstawiające quaalude pojawiały się na t-shirtach, śpiewano o nim piosenki.

Tak naprawdę to środek nasenny.
Tak. Ale jeśli człowiek połączy go z alkoholem, znajdzie się na sennym, odprężającym haju.

Kiedy ta sesja zaczęła przybierać dziwny obrót?
Wszystko było w porządku, kiedy robił zdjęcia. Fotografował mnie znowu topless, ale ze mną nie flirtował. To była tylko praca. Do ostatnich zdjęć poprosił, żebym weszła do jacuzzi. Kiedy znalazłam się w ciepłej wodzie, alkohol i quaalude uderzyły mi do głowy. Czułam się lekka, kręciło mi się w głowie. W pewnym momencie Polański przestał robić zdjęcia, bo powiedział, że jest za słabe światło. Dodał, że on też wejdzie do jacuzzi. I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że to nie jest dobry pomysł. Powiedziałam, że cierpię na astmę, i wyskoczyłam z wody.

Polański uwierzył?
Tak. Powiedział, żebym się położyła i zrelaksowała. Zabrał mnie do ciemnego pokoju i wtedy już wiedziałam: „OK, ten facet chce się ze mną przespać”. Byłam zaskoczona, bo nie wyglądało na to, żebym mu się podobała. Ale nie wiedziałam, jak go powstrzymać. Kiedy mnie dotknął, powiedziałam: „Nie”. Ale kiedy to nie zadziałało, nie wiedziałam, co robić. „Pozwolę mu – pomyślałam – a potem po prostu pójdę do domu”. Wiedziałam, czym jest seks. Miałam chłopaka i uprawialiśmy już seks. W tamtym czasie wydawało mi się, że jestem osobą dorosłą.

Dość wcześnie.
Wtedy tak nie myślałam. Na pewno nie byłam wyjątkiem wśród dziewcząt w moim wieku. Roman bez przerwy pytał, czy mi się to podoba. Nie odpowiadałam. Zapytał, kiedy miałam ostatnią miesiączkę. Ale byłam zbytnio na haju i za bardzo skołowana, żeby pamiętać. Wtedy zapytał: „Czy chcesz, żebym wszedł w ciebie od tyłu?”. Nie wiedziałam, co ma na myśli, ale na wszelki wypadek odpowiedziałam: „Nie”. Kiedy jednak to się stało, pomyślałam: „Moment, czy to był mój tyłek?”.

Ciężko tego słuchać...
W tamtych czasach nie wydawało mi się, że to, co nazywane jest sodomią, to taka wielka sprawa. To nie było takie straszne, jak wszystkim się wydaje. Nie bolało. Byłam na haju. Jedyne o czym myślałam, to żeby szybko skończył i żebym mogła pójść do domu. Nie czułam się potem świetnie, ale ludziom zdarzają się gorsze rzeczy.

Są ludzie, którym takie wydarzenie zniszczyłoby życie.
Ja nie byłam taka. Nie wychowywano mnie w poczuciu wstydu. Seks nie był czymś złym. Nikt nie wkładał mi do głowy, że seks jest brudny albo wstydliwy. Poza tym nie bałam się o swoje życie. Nie obawiałam się, że Roman zrobi mi krzywdę.

Na początku nie chciała pani nawet mówić rodzicom o tym, co się wydarzyło.
O nie! Ale z kimś chciałam o tym porozmawiać. Zadzwoniłam do swojego byłego chłopaka Steve’a, który był ode mnie o kilka lat starszy. Moja siostra usłyszała, co mu mówię, i powtórzyła mamie. I wtedy rozpętało się całe piekło. Policja, szpital, biuro prokuratora okręgowego, aresztowanie Polańskiego, paparazzi, telefony, które nie przestawały dzwonić. Nie było czasu na refleksję.

Wolałaby pani, żeby nie zawiadomili policji?
Myślałam tak wtedy i nieraz potem w ciągu tych wszystkich lat. Ale cóż innego mogła zrobić moja matka? Czy wiedzieliśmy, co się z tego rozpęta? Nie. Może dziś bylibyśmy bardziej świadomi.

Pani matka też ponosi część winy?
Nie. Ale ma do siebie żal, że mnie puściła. Wszyscy byliśmy naiwni. Wszyscy popełniliśmy błędy.

Czy to, co się stało, nazwałaby pani gwałtem?
Miałam wtedy 13 lat. Zgodnie z literą prawa to był gwałt.

A pod względem moralnym?
Nie chciałam tego, ale nie traktowałam tego jak gwałtu. Myślałam, że o gwałcie można mówić wtedy, gdy dochodzi do przemocy fizycznej czy porwania. Kiedy nagle wszyscy zaczęli krzyczeć: „Masz 13 lat! To był gwałt!”, byłam naprawdę zaskoczona.

Po odwiezieniu pani do domu Polański udał się do swojego kumpla Roberta De Niro. Najwyraźniej wcale nie czuł się winny.
Romanowi nie wydawało się, by zrobił coś nie tak. Nie zamierzał mnie skrzywdzić. Chciał, żeby mi się podobało. Zamurowało mnie, kiedy następnego dnia usłyszałam, że został aresztowany. A potem aresztowano jeszcze Anjelikę Huston. Była wtedy dziewczyną Nicholsona i wpadła w jego domu na nas wtedy, gdy uprawialiśmy seks. Kiedy policja przeszukiwała dom Nicholsona, znalazła w jej torebce kokainę. I taka była moja sytuacja: Polański aresztowany, Huston aresztowana i Nicholson dość umiarkowanie szczęśliwy z tego powodu, że to wszystko wydarzyło się w jego domu. No, świetny początek kariery aktorskiej. Czułam się podle.

Czy to nie dziwne, że Polański – ale też pani – nie uważaliście, że seks z 13-latką to taka wielka sprawa?
Dziś ciężko sobie uświadomić, jaka atmosfera panowała wówczas, w latach 70., a już szczególnie w Hollywood. Elvis Presley poślubił Priscillę w latach 60. Miała 14 lat, kiedy ją spotkał. „Manhattan” Woody’ego Allena był obrazem poświęconym facetom w średnim wieku, którzy zakochują się w nastolatkach. Widziałam zdjęcie Dona Johnsona z Melanie Griffith – jego późniejszą żoną – siedzącą mu na kolanach. Miała 14 lat, kiedy się poznali. Dziewczyna, która staje się kobietą, nie była zjawiskiem tabu. Nie istniało pojęcie molestowania seksualnego dzieci. A przynajmniej nikt o tym nie mówił.

Akceptuje to pani jako usprawiedliwienie?
Roman powinien być mądrzejszy. Ale trzeba zdawać sobie sprawę, że ludzie wtedy zachowywali się inaczej w kwestiach dotyczących seksu. Roman był przekonany, że jego działania były wyrazem ciepłych uczuć i zauroczenia. I wie pan co? Ja mu wierzę. Potępianie tego z dzisiejszej perspektywy to ignorowanie historycznego kontekstu. W całym wydarzeniu w grę nie wchodziły złe intencje. W tamtych czasach erotyczne doświadczenia uważano za korzystne dla obu stron. Ludzie byli też przekonani, że bogate życie seksualne sprzyja emocjonalnemu rozwojowi. I dotyczyło to obu stron. Roman nie postrzegał mnie jako ofiary.

A więc pani zdaniem ówczesne poglądy na temat seksu były lepsze?
Tak, kiepskim pomysłem jest wymyślanie reguł – kiedy seks jest OK dla kogoś, a kiedy nie. Chcę sama decydować.

I zdecydowanie bardziej wolałabym jeszcze raz przeżyć wieczór z Romanem niż przesłuchanie w sądzie. To było poniżające. Wszystkie te pytania. Tam naprawdę byłam ofiarą.

Potem przeżyła pani 10 dość szalonych lat. Używała narkotyków, dużo piła, miała sporo chłopaków. Czy to skutki tego, co wydarzyło się między panią a Polańskim?
Moja mama i moja siostra powiedziałyby panu, że potem nigdy już nie byłam tą samą osobą. Byłam straszna. Przestałam z kimkolwiek rozmawiać. Nie wychodziłam z pokoju. Prasa, sąd, sędziowie, fotografowie, lęk przed rozprawą, złe rzeczy, jakie mówiono o mnie i o mojej matce – nie byłam w stanie tego znieść. Ale to nie miało nic wspólnego z Romanem. Rok później, kiedy opuścił USA, jedyne, co czułam – to była ulga. „Nie ma już go. Żadnych więcej rozpraw! Można imprezować!”. Stałam się nałogowcem. Dużo piliśmy, zażywaliśmy LSD, speed, kokainę, quaalude, wszystko.

Miała pani problemy z seksem?
Nie, uwielbiałam uprawiać seks.

W 1988 r. zdecydowała się pani wnieść pozew cywilny przeciwko Polańskiemu – 11 lat po wszystkim. Dlaczego? Przecież najbardziej chciała pani spokoju.
Zorientowałam się, że to się nigdy nie stanie. A my – mój mąż i ja – potrzebowaliśmy pieniędzy, mieliśmy małe dziecko. Skoro tak – pomyślałam – to teraz Roman powinien mi pomóc. Innymi słowy mówiąc, powinien za to zapłacić.

I zapłacił pół miliona dolarów.
Nie mam wyrzutów sumienia. Roman zapłacił mi bez wahania.

To dziwne, w jaki sposób mówi pani o Polańskim. Nigdy więcej go pani nie spotkała, a jednak ten wieczór w 1977 r., 36 lat temu, splótł pani życie z jego życiem. Czy ma pani wrażenie, że oboje dobrze się znacie?
Jego i moje życie są ze sobą powiązane, ale jesteśmy dla siebie obcymi osobami.

Ale w jakiś osobliwy sposób lubi go pani?
Cóż, on przeszedł tyle samo, co ja.

To brzmi niemal jak syndrom sztokholmski.
Tylko dlatego, że nie darzę dożywotnią nienawiścią człowieka, który już odpokutował za swoje przestępstwo?

Czy kiedyś było pani go żal?
W 2009 r. czułam się z tym źle. Uwięziono go z zamiarem ekstradycji za przestępstwo, za które już odcierpiał wyrok 32 lata wcześniej. Wtedy stał za tym narcystyczny sędzia, a obecnie wszystko działo się za sprawą prokuratora okręgowego Steve’a Cooleya, który miał ambicję zostać prokuratorem generalnym stanu Kalifornia. Budziłam się wtedy każdego ranka i myślałam: „Mój Boże, Roman jest już dobrze po siedemdziesiątce, ma dzieci. To okropne”.

A chciałaby pani znowu go spotkać?
Nie wiem. Może. To byłoby dziwne spotkanie, ale na pewno interesujące. Nie będę się zarzekać. Ale nie oczekuję, że kiedyś nadarzy mi się taka sposobność.

© Der Spiegel, distr. by NYT Synd.

 

Samantha Geimer (z domu Gailey, ur. w 1964 r.), jako 13-latka stała się bohaterką procesu przed sądem w Los Angeles, w którym polski reżyser Roman Polański został oskarżony o gwałt na osobie nieletniej po jej uprzednim odurzeniu (został poddany 90-dniowej obserwacji psychiatrycznej w areszcie i zbiegł do Europy przed ogłoszeniem wyroku). Ostatnio wydała autobiograficzną książkę „The Girl”.

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć