Forum

Najciekawsze historie świata

Ludzie
19 grudnia 2013

Samotny nie jest sam

Autobus zwany sławą

Najmilszy facet w Hollywood promuje swój nowy film „Kapitan Phillips”. Ale wszyscy chcą mówić tylko o tym, że jest chory na cukrzycę.
The Guardian
Tygodnik FORUM Tygodnik FORUM

Jest naprawdę czarujący. Gdy Tom Hanks – jeden z największych gwiazdorów filmowych ostatniego dwudziestolecia, a jednocześnie normalny facet – mówi o najbardziej fascynujących dniach swojego życia, nie opowiada o zdjęciach do filmu „Apollo 13”, kiedy to musiał grać w stanie nieważkości, ani o wręczaniu Oscarów, choć jest dopiero drugim aktorem w historii, któremu udało się dostać tę nagrodę rok po roku. Nie wraca też wspomnieniami do czasów filmu „Duży”, w którym stopami wystukiwał melodię na ogromnej klawiaturze. Opowiada natomiast, jak zdarzyło mu się zasiadać w ławie przysięgłych.

– Ci ludzie, ten proces – mówi, z sentymentem wspominając dni, które spędził uwięziony w dusznym pomieszczeniu z dwunastką innych osób. – Na lunch jadłem kanapki. Wszystko to było fascynujące! Niestety, czasy jedzenia kanapek szybko się skończyły, bo jako najdroższy gwiazdor filmowy na planecie przyciągał zbyt wiele uwagi i cały proces unieważniono.

Zawsze ludzki

Wydaje się, że całe życie Toma Hanksa to jedna wielka bitwa o to, by pogodzić ogromną sławę z osobowością zwykłego faceta. Kilka dni wcześniej wystąpił w programie Davida Lettermana i powiedział, że ma cukrzycę. Co za wyznanie w ustach celebryty! – No tak! Mam cukrzycę drugiego typu! – przyznaje Hanks. – Założę się, że w mediach będzie skandal i napiszą, że zachorowałem, bo musiałem tyć i chudnąć do różnych ról filmowych. Do rewelacyjnej roli w „Ich własnej lidze” przytył ponad dziesięć kilo, do roli w o wiele mniej zabawnym „Cast Away – poza światem”, schudł prawie dwadzieścia. – Wątpię, żeby to była przyczyna mojej choroby – mówi, śmiejąc się dobrodusznie z niezliczonej liczby pytań o poziom cukru w krwi.

Jego ostatni film „Kapitan Phillips” niedawno wszedł do kin na całym świecie. Na wiele sposobów to typowa rola Toma Hanksa: zwykły ojciec rodziny nagle znajduje się w niezwykłej sytuacji. Scenariusz oparto na prawdziwej historii, a Hanks gra Richa Phillipsa, kapitana statku handlowego, który w 2009 r. został zakładnikiem czterech somalijskich piratów. To świetny film, tak trzymający w napięciu, jak można oczekiwać od obrazu Paula Greengrassa, a Hanks jest w nim fantastyczny. Wstrząsający, wzruszający i jak zwykle bardzo ludzki. Właśnie tego szuka w swoich rolach: Nawet jeśli historia opowiadana w filmie nie ma nic wspólnego z moim życiem, staram się rozpoznać jakąś cząstkę siebie w granej postaci.

Słynie z tego, że jest jednym z najmilszych ludzi w Hollywood. W utrzymaniu tej opinii na pewno pomaga mu inna cecha charakteru – jest bardzo opanowany. Choć zapewnia, że może rozmawiać o absolutnie wszystkim, unika odpowiedzi na pytania o rodzinę, zwykle udając, że ich nie słyszał. Mówiąc zaś o swojej pracy, używa skomplikowanego języka, który ma stanowić zasłonę dymną między nim a światłem reflektorów.

Urodził się i wychował w Kalifornii. Po rozwodzie rodziców miał nieco „wyboiste” dzieciństwo. W szkole odkrył aktorstwo. – To było o wiele lepsze niż zajęcia praktyczno-techniczne! Ale – dodaje po swojemu – zajęcia praktyczno-techniczne też są potrzebne. Po studiach dostał rolę w serialu telewizyjnym „Bosom Buddies”, gdzie zwrócił na niego uwagę Ron Howard i obsadził go w swoim filmie „Plusk” – współczesnej, co prawda głupawej, ale właśnie dzięki Hanksowi uroczej – wersji opowieści o Małej Syrence.

Słodkie wygłupy

Największe sukcesy osiągał w latach 90., pojawiając się w produkcjach takich jak „Apollo 13” i zdobywając Oscary za swoje najgorsze filmy: „Filadelfia” i „Forrest Gump”, a także grając w komediach romantycznych („Bezsenność w Seattle”, „Masz wiadomość”) w reżyserii i według scenariusza Nory Ephron. Wielu wspomina jego komediowe role z lat 80. Idealnie łączy w nich słodycz z wygłupami, tak że nawet gdy gra człowieka zmagającego się z walącym się domem („Skarbonka”), przemądrzałego policjanta („Dziennik sierżanta Fridaya”) czy mężczyznę zakochanego w rybie („Plusk”), ról tych nie można zaliczyć do po prostu głupich czy ckliwych. Nawet najbardziej nieprawdopodobne scenariusze wydają się możliwe dzięki niezachwianej normalności Hanksa.

Film, który najlepiej obrazuje tę jego zdolność to oczywiście „Duży”, komedia z 1988 r. o 13-letnim chłopcu, który wypowiada życzenie, że chciałby być „duży” i następnego ranka budzi się przemieniony w Toma Hanksa. Jego gra jest mistrzowska, zasłużenie był za nią nominowany do Oscara.

Jest żonaty od 25 lat. Z drugą żoną, Ritą Wilson, ma dwoje dzieci i dwoje starszych z pierwszego małżeństwa. Jak udało mu się utrzymać tak stabilne życie rodzinne, kiedy w latach 90 robił oszałamiającą karierę? – Miałem szczęście, że to się nie stało z dnia na dzień i zdążyłem się oswoić z popularnością. Poza tym w tym okresie jeździliśmy na najlepsze rodzinne wakacje w życiu – na narty wodne do Seattle, gdy kręciłem „Bezsenność w Seattle”, do Indiany podczas zdjęć do „Ich własnej ligi”… W tej rozmowie kilkakrotnie wyznał coś, o czym nie mówił nigdy przedtem.

Czy mógłby pan wymienić takie wydarzenia w swoim życiu, które uczyniły pana takim mężczyzną, jakim jest pan obecnie?
Tom Hanks: Dorastałem w trochę innych warunkach niż większość moich przyjaciół. Moi rodzice rozstali się, gdy miałem cztery lata. Po rozwodzie pozostali w Kalifornii, ale odległość między domem mojego ojca w Oakland a domem mamy w Red Bluff wynosiła mniej więcej 280 km. Ta droga autobusem trwała co najmniej pięć godzin. A mówimy o latach 60.

Jako dziecko jeździł pan sam autobusem 280 km?
Nie jako czterolatek, ale później już tak. Gdy miałem 11–12 lat, rodzice uznali, że jestem wystarczająco duży, by samodzielnie pokonywać tę trasę. Ojciec odprowadzał mnie na dworzec, kupował bilet i wsadzał do autobusu. U celu odbierała mnie mama.

Pięć godzin samotnej jazdy to dużo dla jedenastolatka.
Zatapiałem się w wymyślonym przez siebie świecie, przyglądałem się podróżnym, wymyślałem historie o ludziach, którzy siedzieli obok mnie, oglądałem ich twarze. Niektórzy rozmawiali ze mną, opowiadali o sobie.

Nie czuł się pan czasem samotny w tym autobusie?
Owszem. Niekiedy jechałem samotnie, ale czułem się dobrze. Innym razem też przecież byłem sam, ale odczuwałem bolesną samotność. Dopiero później zrozumiałem, że mogę te doświadczenia wykorzystać na scenie.

Byłem już w college’u i współpracowałem z reżyserem teatralnym Vincentem Dowlingiem. Jedną z pierwszych ról zagrałem w „Wiśniowym sadzie” Czechowa. Niespecjalnie ją rozumiałem, poszukiwałem głębszego sensu. Dowling to wyczuł. Powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę: Tom, wszystkie wielkie sztuki teatralne opowiadają o samotności. Wtedy to do mnie dotarło.

Więc klucz do pańskiej sztuki aktorskiej leży w tym, że świadomie wykorzystuje pan zarówno negatywne, jak i pozytywne strony samotności, którą tak dobrze poznał pan jako dziecko?
Człowiek, który jest sam, jest sam. Ktoś, kto jest samotny, także jest sam. Jednak to czynniki zewnętrzne decydują, czy czujemy się samotni. Tego nauczyły mnie podróże autobusem. Weźmy Hamleta i Ryszarda  II. Obaj czują się osamotnieni. Znaleźli się jednak w tym położeniu w różny sposób.

Wiele spośród postaci, w które wcielał się pan przez lata, cierpiało na różne rodzaje samotności. Sam Baldwin w „Bezsenności w Seattle” był zatwardziałym wdowcem, Andrew Beckett w „Filadelfii“ był odrzuconym przez innych prawnikiem, chorym na AIDS, który o swoje prawa musi walczyć przed sądem. Kapitan John Miller w „Szeregowcu Ryanie” jest nauczycielem z prowincjonalnej podstawówki, ale uważa, że musi wziąć udział w samobójczej misji ratunkowej. Specjalnie pod tym kątem wyszukuje pan role dla siebie?
Tak, to opowieści, które mnie przyciągają.

Jest jeszcze coś, co łączy te postacie. Zwykle opowieść dotyczy przeciętnego człowieka, który w trudnej sytuacji musi emocjonalnie albo fizycznie przekroczyć swoje granice. Jakie cechy powinien mieć bohater filmowy, żeby zaistnieć na ekranie i przyciągnąć uwagę widzów?
Podstawowe pytanie, jakie zawsze sobie zadaję, brzmi: Czy opowieść ta będzie prawdziwa także bez wielkiego blichtru i sław na ekranie? Potrzebna jest prosta opowieść, nic więcej.

Co czyni ze zwykłego mężczyzny bohatera?
Dla mnie bohaterem jest ktoś, kto nie zważa na własne lęki czy cele i dla innych skacze w ogień, naraża własne życie. Podczas II wojny światowej było wielu żołnierzy, którym oddawano hołdy po powrocie. Jednak weterani, z którymi rozmawiałem, przygotowując się do „Szeregowca Ryana”, mówili mi, że prawdziwi bohaterowie nie wrócili do domu.

W swoim nowym filmie „Kapitan Phillips“ gra pan kapitana frachtowca, którego statek został w 2009 r. napadnięty przez somalijskich piratów. To opowieść oparta na faktach. Phillips ochronił załogę przed dalszymi atakami, został jednak pojmany przez piratów na wiele dni w charakterze zakładnika. Czy był dla pana bohaterem?
On nigdy by tak o sobie nie powiedział. Żaden prawdziwy bohater nie powiedziałby, że nim jest. Jednak już sam fakt, że po wszystkich tych doświadczeniach Richard wciąż rusza w morze, według mnie czyni z niego bohatera. Inni na jego miejscu porzuciliby ten fach.

Jak wyglądają spotkania ekranowego bohatera z prawdziwym?
Gdy po raz pierwszy spotkałem Richarda, oglądał u siebie w domu mecz koszykówki. Zaprosił mnie na kanapę. Siedział tam w koszulce, dżinsach i samych skarpetkach. Siadłem obok niego i razem obejrzeliśmy mecz.

Nie rozmawiając ze sobą.
Na początku zamieniliśmy zaledwie kilka słów.

Obserwował go pan – tak jak kiedyś ludzi w autobusie?
Szybko zorientowaliśmy się, że jedno nas łączy. Gdy kręcę film, to przez trzy, cztery miesiące żyję w dziwacznych warunkach – na planie filmowym. Richard mniej więcej na tyle czasu wyrusza w morze. Kiedy jednak obaj wracamy do domu, najchętniej po prostu kładziemy się na kanapie.

Czy jako chłopak miał pan wybranego, osobistego bohatera, którego pan podziwiał?
Nie, nigdy nie miałem kogoś, kogo chciałem naśladować. Mając jednak 12 lat, byłem zafascynowany Robertem F. Kennedym. Był wówczas kandydatem na prezydenta. Gdy w 1968 r. zastrzelono go, był to dla mnie duży cios.

Czy trzeba mieć 12 lat, żeby bezwarunkowo wielbić swojego bohatera?
Nie. Proszę spojrzeć na bohaterów komiksów, Batmana czy Supermana. Na pewno nie tylko dzieci chodzą do kin na filmy o nich.

Dlaczego tak lubimy szukać lepszych wersji samych siebie?
Myślę, że szukamy takich pewników, które nie dają się stłamsić przez cały ten marazm, jaki nas otacza. Lubimy, gdy jakaś historia może mieć tylko jedno określone zakończenie. To nas uszczęśliwia. A za każdym razem chodzi o ten sam rytuał: człowiek musi zrobić to, co do niego należy.

Przeciwieństwem bohatera jest tchórz. Całkiem niedawno tchórzostwo zarzucono prezydentowi Barackowi Obamie, gdy nie chciał wystąpić zbrojnie przeciw Asadowi w Syrii.
Obama tchórzem? Może raczej przyjrzyjmy się dokładniej temu konfliktowi. Z jednej strony jest facet o nazwisku Asad, który użył broni chemicznej przeciwko własnemu narodowi, prawda?

Tak.
Po drugiej stronie natomiast jest wiele grup rebeliantów, którzy również zabijają niewinnych ludzi i siebie nawzajem, bo mają różne cele polityczne. Prawda?

Owszem.
No więc moim zdaniem rozsądny człowiek w takiej sytuacji wstrzymuje się od działania.

Uważa pan, że Obama jest rozsądny, bo nie zrzucił jeszcze bomb na Syrię?
Tak. Zajął właściwe stanowisko w tym konflikcie, jeśli jego rezultat można streścić następująco: z pomocą Rosjan zabierzemy Asadowi broń chemiczną. Uważam, że to działanie godne uznania pod względem moralnym, a poza tym bardzo mądre.

Czy bohater zawsze powinien opowiadać się po jednej stronie?
Nie. Czasem rozsądniej jest odsunąć się trochę i przeczekać. Spójrzmy na to z perspektywy historycznej. Jeden z najlepszych amerykańskich prezydentów, Franklin D. Roosevelt, zawsze bardzo zwlekał z podejmowaniem decyzji. Dlaczego? Bo nie zawsze od razu było jasne, co będzie najlepsze dla kraju.

Jednak w czasie, gdy ktoś wycofuje się albo odczekuje, ginie wielu niewinnych ludzi.
To niestety jest prawda. Jednak wielu wyobraża sobie te konflikty jak przedstawienie w klasycznym teatrze, schludnie podzielone na trzy akty. Brawa na końcu. Ale nie jest tak prosto, życie to nie teatr. Odwaga bohatera czasem przejawia się także w dystansie do sprawy.

Jeszcze nie wspomnieliśmy o pańskiej żonie Ricie i o tamtej chwili na skrzyżowaniu w Nowym Jorku.
Jaki moment ma pan na myśli?

Gdy stał pan na światłach, trzymał ją za rękę i powiedział jej, że nie musi się zmieniać, żeby z panem być. W czarno-białym świecie nie ma chyba nic czystszego i jaśniejszego, niż takie wyznanie miłości.
Myślę, że każdy człowiek, który przeżyje podobne chwile, może mówić, że jest szczęściarzem. Miłość jest podróżą, w którą trzeba ruszyć bez lęku, nie stawiając warunków.

Kto jest bohaterem? Żołnierz, który nie wróci z wojny do domu

Czasem jednak okazuje się drogą pełną przeciwności.
Jasne, ale nie można chcieć zmieniać drugiej osoby. Trzeba przyjąć kogoś takim, jakim jest. Nie można powiedzieć: Hej, może i bym się z tobą związał, ale musiałabyś zmienić to i to i inaczej się zachowywać. To tak nie działa. Trzeba zdecydować: wszystko albo nic.

W pańskich ustach brzmi to niemal jak akt heroizmu.
Nie. Powiedziałbym raczej, że z mojej strony była to rzadka chwila wyjątkowej jasności i pewności.

The Guardian, Süddeutsche Zeitung

***

Tom Hanks (właśc. Thomas Jeffrey Hanks, ur. w 1956 r.), aktor amerykański. Otrzymał Oscara dwa razy z rzędu za główne role w filmach „Filadelfia” i „Forrest Gump”. Do nagrody tej był nominowany jako najlepszy aktor w sumie pięć razy, do Złotych Globów – siedem (zdobył cztery nagrody). Jest jednym z najwybitniejszych i najpopularniejszych aktorów ostatniego ćwierćwiecza. W roku 1988 poślubił aktorkę Ritę Wilson, greckiego pochodzenia, i z miłości do niej nawrócił się na wiarę grecko-prawosławną. Od tamtej pory nosi opaskę ze srebrną Matką Boską na tle krzyża.

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną