Forum

Najciekawsze historie świata

Reportaż
10 października 2013

Miasto, które śmierdzi

Między rajem a chlewem

Kłopoty Warszawy ze śmieciami to nic w porównaniu z dramatem, jaki od lat rozgrywa się w Nowym Jorku.
Nikolaus Piper
Süddeutsche Zeitung Süddeutsche Zeitung

Drobna kobieta o azjatyckich rysach może mieć z 70 lat. Ubrana jest w niebieski, szeroki kombinezon roboczy i chroniącą przed ostrym zachodzącym słońcem bejsbolówkę naciągniętą głęboko na oczy. Pcha wózek na zakupy, a na nim trzy ogromne foliowe worki – większe od niej i wypełnione plastikowymi butelkami po napojach. Zatrzymuje się przed każdym domem, przetrząsając kubły na śmieci i wybierając z nich butelki i puszki. W każdy poniedziałek wieczorem można ją spotkać w Park Slope, stosunkowo zamożnej część Brooklynu, ponieważ śmieci wywożone są tam we wtorek rano.

Przetworzyć, co się da

Jest jedną z około pięciu tysięcy canners, czyli zbieraczy puszek. Ci współcześni gałganiarze to zazwyczaj nielegalni imigranci, bezdomni lub nisko opłacani pracownicy, którzy nie są w stanie utrzymać się z tego, co zarabiają. Podstawą ich pracy jest tzw. prawo butelkowe stanu Nowy Jork, które nakłada pięciocentową kaucję na wszystkie butelki zawierające napoje bezalkoholowe, piwo czy inne napoje gazowane; supermarkety są zobowiązane do ich odbioru. Kaucja jest jednak na tyle niska, że lepiej zarabiający nie zwracają na nią większej uwagi. Osoby takie mogą zarobić nawet 40 dolarów dziennie, ale w tym celu muszą pracować po 12 godzin, przemierzając pieszo bardzo długie dystanse. Cannerami zainteresowało się Hollywood: „Redemption”, film dokumentalny o cannerach autorstwa Jona Alperta i Matthew O’Neilla, był w tym roku jednym z kandydatów do Oscara.

Cannerzy są klasycznym przykładem tego, jak nieformalna ekonomia podchodzi do nierozwiązywalnego problemu. Wszystkie metropolie walczą z górami odpadów. Ale prawie nigdzie w bogatych zakątkach ziemi walka ta nie jest tak widoczna jak w Nowym Jorku. Każdego wieczoru przed restauracjami widać czarne foliowe worki pełne śmieci, ulicami Manhattanu kursują nieprzerwanie śmieciarki. Stosy śmieci zalegają nie tylko na ulicach, ale także między torami metra, gdzie karmią się nimi tysiące szczurów. Deszcze zmywają do oceanu zarówno plastik, jak i kartony czy resztki żywności. Według kalkulacji Sierra Clubu, jednej z najbardziej znanych organizacji ekologicznych na świecie, każdy nowojorczyk produkuje rocznie średnio 496 kg śmieci (statystyczny Polak wyrzuca 315 kg rocznie – przyp. FORUM). Na ulice Nowego Jorku wyjeżdża stale co najmniej 2023 śmieciarek. W ciągu najbliższych 10 lat miasto wyda na nowe śmieciarki ponad miliard dolarów.

Przed zbliżającym się końcem swojej 12-letniej kadencji burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg planuje jeszcze ostatnie wielkie posunięcie, które ma pomóc w rozwiązaniu problemu śmieciowego. Według programu, który przedstawił pod koniec lipca br., do roku 2017 miasto ma podwoić ilość śmieci poddawanych recyklingowi. – Nasz cel jest prosty: przetworzyć, co się da – mówi Bloomberg. Według tych założeń wkrótce wszystko będzie wykorzystywane jako surowiec wtórny – nie tylko butelki, ale każdego rodzaju tworzywa sztuczne, odpady kuchenne z restauracji i gospodarstw domowych oraz stara odzież.

Logiczne jest zatem, że w metropolii, która ma tyle problemów ze śmieciami, miejskie przedsiębiorstwo oczyszczania zajmuje się także podstawowymi zagadnieniami. Nowojorski Department of Sanitation to największe na świecie przedsiębiorstwo utylizacji odpadów. Zatrudnia nawet antropologa. Funkcję tę pełni 52-letnia Robin Nagle z Uniwersytetu Nowojorskiego. Jej biuro mieści się w podziemiach zabytkowego budynku przy placu Waszyngtona. Nagle jest gibką, muskularną kobietą z silnymi ramionami. Mięśnie są ważne, ponieważ w latach 2004–2005 sama pracowała przez kilka miesięcy jako śmieciarz przy wywozie odpadów. Wkrótce będzie to robić ponownie.

Pani profesor nie wsiada na śmieciarkę jako naukowiec obserwator, lecz jako zwykły pracownik z ustalonymi godzinami pracy i stawką godzinową. – Proszę mi wierzyć, na śmieciarce można wyrobić sobie kondycję – mówi. O swoich doświadczeniach napisała książkę „Picking Up”. Jest ona pełna wspaniałych opowieści o Nowym Jorku i jego odpadkach; zawiera również słowniczek slangu śmieciarzy. Na przykład mongo – tak nazywają oni cenne przedmioty znajdowane w koszach. Właściwie nie wolno im przeszukiwać śmieci, ale wszyscy to robią.

Szmaty od Armaniego

Ray Kurtz, jeden ze śmieciarzy, z którymi pracowała Nagle, znalazł kiedyś w zamożnej dzielnicy Manhattanu spodnie od Armaniego, nienoszone i czyste. Miały jeszcze metkę z ceną: 1325 dolarów. Nagle i Kurtz rozważali nawet przez chwilę, czy nie zwrócić ich w sklepie, kasując całą kwotę, ale zabrakło im odwagi. Na Nagle spodnie były zbyt małe, więc Kurtz podarował je kelnerce ze swojej ulubionej restauracji.

Obsesja Robin na punkcie śmieci zaczęła się, gdy była jeszcze dzieckiem. Była kiedyś z ojcem pastorem na kampingu w Adirondack, ogromnym parku krajobrazowym w północnej części stanu Nowy Jork. – Wspaniałe pole namiotowe, swego rodzaju utopia – tyle że zaraz za nim znajdowało się dzikie wysypisko. Byłam głęboko wstrząśnięta i wściekła. Co ci ludzie sobie myślą? Że ktoś przyjdzie i po nich posprząta?

Jako dyżurna antropolożka próbuje teraz walczyć z ignorancją. Chce stworzyć muzeum śmieci, aby nowojorczycy docenili swoich 7200 śmieciarzy i ich pracę. Miasto świętuje przy każdej okazji swoich policjantów (nazywanych żartobliwie New Yorks Finest) i strażaków (New Yorks Bravest), zapomina jednak o śmieciarzach (Nagle proponuje nazwać ich New Yorks Strongest). A przecież ich praca jest równie ważna dla przetrwania miasta. – I bywa niebezpieczniejsza niż służba policjanta.

Odpady są nieprzyjemne, śmierdzą, wyglądają odpychająco i są niebezpieczne dla zdrowia. Ludzie nie lubią śmieci, więc nie chcą o nich słuchać. A to przenosi się także na politykę. Dobrym przykładem jest East Side na Manhattanie. Na wysokości 91 Ulicy bezpośrednio przy East River piętrzą się ruiny i hałdy gruzu. W tym miejscu zaplanowano budowę Marine Transfer Station, 10-piętrowego betonowego obiektu, w którym śmieci z ulic Manhattanu mają być przeładowywane ze śmieciarek na barki i transportowane nimi do spalarni w New Jersey. Z oczywistych względów okoliczni mieszkańcy protestują przeciw budowie – boją się szczurów, śmieciarek, brudu, kurzu i smrodu. Dla pozostałych nowojorczyków nowa sortownia byłaby błogosławieństwem: mniejsza liczba kursów śmieciarek, mniejsze zużycie paliwa, mniejsza emisja dwutlenku węgla.

Pikanterii dodaje fakt, że teren ten znajduje się w jednej z najbogatszych dzielnic w Stanach Zjednoczonych. Wcześniej wszystko, co śmierdziało i hałasowało, przenoszono do biednych czarnych dzielnic, teraz część ciężaru związanego ze sprzątaniem miasta mają ponosić także zamożniejsi biali. Ale jak za pomocą śmieci wygrać wybory? 5 listopada nowojorczycy będą wybierali nowego burmistrza, a kandydat demokratów Bill Thompson już stanowczo opowiedział się przeciwko projektowi. Jego rywalka Christine Quinn wspiera Marine Transfer Station i argumentuje: kto blokuje budowę obiektu, ten utrwala „ekologiczny rasizm” w Nowym Jorku. Sytuacja o tyle zabawna, że to Thompson jest czarny. Gra śmieciami wcale nie musi trzymać się logiki.

Park na śmieciach

Jednak polityczna gra może mieć także dobry koniec, jak w Staten Island. W tym poniekąd zapomnianym piątym okręgu Nowego Jorku znajdują się drugie pod względem powierzchni zielone tereny miasta: 890-hektarowy park Freshkills jest prawie trzykrotnie większy od Central Parku. Z góry południowej” rozpościera się fantastyczny widok na New Jersey i Manhattan.

– Stoimy na śmieciach – mówi strażnik parkowy Michael Callery, który w weekendy oprowadza gości po Freshkills. Nikt by nie uwierzył, że do 2001 r. znajdowało się tu największe na świecie wysypisko śmieci: pagórki przypominają krajobraz prerii, poniżej przyroda zachowała część swojego pierwotnego charakteru; słone bagna i las łęgowy. Na jego skraju swoje gniazdo ma para rybołowów. Tylko rozrzucone po pagórkach rury i pompy przypominają historię tego terenu. Stare odpady nadal gniją, produkują metan, który jest odpompowywany, oczyszczany i przetwarzany na gaz miejski wykorzystywany do gotowania i ogrzewania mieszkań przez kilka tysięcy gospodarstw domowych w Staten Island.

Kto ogląda zdjęcia z lat 90. XX w., ten rozumie, dlaczego niektórym gościom parku przypominają one wrota do piekła: Freshkills było śmierdzącym, gnijącym nieużytkiem, pozostałości cywilizacji sięgały po horyzont. Tylko szczury i wydrzyki czuły się tu komfortowo. Wysypisko powstało w 1947 r., początkowo jako tymczasowe. Jak to często bywa z prowizorkami, funkcjonowało do 21 marca 2001 r. Po atakach terrorystycznych z 11 września zostało ponownie uruchomione jako składowisko gruzu po World Trade Center, a następnie ostatecznie zamknięte.

Od 2008 r. miasto przekształca teren w ogromną strefę rekreacyjną, która, gdy tylko będzie to bezpieczne, zostanie udostępniona mieszkańcom. Ze względu na swoją wielkość i wiele zastosowanych innowacji technicznych byłe wysypisko może stać się wzorem dla innych terenów tego rodzaju. Jednak z pewnością nie powstaną tu apartamenty. – Park jest chroniony przed zasiedleniem, ponieważ stosy śmieci nadal osiadają i nic nie może być tu budowane – mówi Callery.

Nikt nie przypuszczał, że to największe wysypisko śmieci skończy w taki sposób. Mieszkańcy Staten Island protestowali latami przeciwko smrodowi, śmieciarkom i barkom z odpadami, bez większego powodzenia. Gdy w 1985 r. zamknięto wysypisko Fountain Avenue na Brooklynie – znane jako miejsce, gdzie mafia rzekomo pozbywała się ofiar porachunków –Freshkills pozostało jedynym czynnym wysypiskiem w całej metropolii. Wzmocniło to poczucie mieszkańców Staten Island, że są zaniedbywani przez polityków, zapewne – jak sądzili – dlatego że w przeciwieństwie do pozostałych dzielnic zdominowanego przez demokratów Nowego Jorku w ich okolicy przeważali republikanie z klasy średniej. W końcu w 1996 r. decyzję o zamknięciu wysypiska podjął republikański burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani.

Metropolia z odzysku

Jednak to, co jest dobre dla mieszkańców Staten Island i dla natury, uderza mocno w finanse miasta: od 2001 r. Nowy Jork wywozi wszystkie śmieci do innych stanów. Najbliżej znajduje się spalarnia w sąsiednim New Jersey. Najbardziej oddalone jest wysypisko w Bishopville w Karolinie Południowej. Za sam transport miejskie przedsiębiorstwo oczyszczania zapłaciło tylko w ubiegłym roku 309 mln dolarów. Od 1997 r. budżet firmy wzrósł ponad dwukrotnie – z 600 mln do 1,3 mld dolarów.

Receptą na rozwiązanie problemu śmieciowego ma być teraz recykling. Miasto stworzyło w tym celu stanowisko specjalisty ds. recyklingu. Został nim młody przedsiębiorca Ron Gonen, który zbudował na Brooklynie nowoczesny zakład odzysku surowców wtórnych. W Nowym Jorku na każdym rogu ustawia się teraz pojemniki na bioodpady, swoje śmieci sortują wzorowo szkoły, a do recyklingu trafiają nawet ubrania. Ponieważ wywóz odpadów jest kosztowny, sortowanie surowców i recykling jest dla miasta opłacalne. Mowa jest o 60 milionach dolarów oszczędności rocznie.

Mimo to hasło Bloomberga „Everything Recycle” poraża eufemizmem. W rzeczywistości za jego kadencji wskaźnik recyklingu w Nowym Jorku spadł z 35,1 procent w 2002 r. do 16,6 procent obecnie. Do 2017 r. ma wzrosnąć dwukrotnie. Tymczasem San Francisco utylizuje dzisiaj 80 proc. swoich odpadów. Podobnie jak wiele innych spraw w Nowym Jorku problemy z recyklingiem są powiązane z historią miasta. Po atakach terrorystycznych w 2001 r. rada miejska wstrzymała segregację odpadów w celu zaoszczędzenia pieniędzy. Była to bardzo krótkowzroczna decyzja: obywatele byli zdezorientowani, zwątpili w sens utylizacji, dlatego też wskaźniki recyklingu spadły i już nigdy się nie podniosły.

Robin Nagle obawia się, że recyklingowi poświęca się zbyt wiele energii politycznej. – W domu jestem fanatyczką recyklingu. Jednak sortowanie śmieci to nie wszystko. Tylko jedna trzecia wszystkich odpadów komunalnych w Nowym Jorku to śmieci domowe, reszta to odpady poprzemysłowe, budowlane i poszpitalne. – Recykling odpadów z gospodarstw domowych jest ważny, ale nie uratuje planety.

© Süddeutsche Zeitung

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć