Forum

Najciekawsze historie świata

Reportaż
24 października 2013

Inicjacja młodego Papuasa

Gad Bless You

Młodym Papuasom wycina się na plecach rany imitujące wzór łuski krokodyla. Ta bolesna i trwająca wiele tygodni inicjacja ma im zapewniać moc świętego zwierzęcia i jest warunkiem dołączenia do plemiennej elity.
Paris Match

Ból jest nie do zniesienia. Chłopak ściska kurczowo w zębach kawałek imbiru. Leżąc płasko na pirodze, 20-letni Benneth właśnie staje się mężczyzną. Wchodzi w „dorosłość” tak, jak to rozumieją członkowie jego plemienia. Pochylając się nad nim, jeden z pobratymców ostrym nożykiem wycina na jego ciele wzór łusek krokodyla, zwierzęcia totemicznego dla ludu Iatmul z wioski Kanganaman.

210 precyzyjnych i głębokich nacięć, których układ różni się nieco w przypadku poszczególnych klanów, upodobni jego skórę do tej na grzbiecie krokodyla. – Ta praktyka, tyleż bolesna, co i niebezpieczna, pozwala młodzieńcom znaleźć swoje miejsce w obrębie społeczności, do czego niezbędna jest moc krokodyla – mówi fotograf Marc Dozier, który od 20 lat odkrywa tajemnice Papui-Nowej Gwinei. Społeczność Iatmulów, licząca 15 tysięcy głów, jest kroplą w morzu na tle siedmiu milionów mieszkańców tego kraju. Ich mit mówi, że zanim powstała ludzkość, ogromny krokodyl poruszył ogonem, gromadząc wokół siebie zwały mułu. Z wody wyłonił się pagórek. Tak powstała Ziemia.

Zła krew

To zwierzę jest tutaj wszędzie. Widzimy je w wodach rzeki Sepik, ciągnącej się na długości 1126 km w północnej części kraju, ale też wyrzeźbione lub wygrawerowane na przedmiotach codziennego użytku: bębnach, naczyniach, wazach… Młody Benneth krwawi. – Iatmulowie wierzą, że dzięki nacinaniu z człowieka wypływa zła krew – komentuje etnolog i historyk sztuki Philippe Peltier, kurator w paryskim Musée du Quai-Branly, gdzie prezentowane są dzieła sztuki kultur pozaeuropejskich. Przy okazji francuski specjalista przypomina koncepcję dziecka przyjętą przez Papuasów: Według ich wierzeń płód istnieje jeszcze przed poczęciem dziecka. Ojciec odżywia go swoją spermą i umożliwia ukształtowanie się jego kości – które są tym, co zostaje z człowieka po śmierci. Kobieta także karmi go swoją macierzyńską krwią i przyobleka go w ciało. Kiedy dziecko się rodzi, ojciec przez kilka lat nawet go nie dotyka. Inicjacja to moment, w którym mężczyzna odzyskuje swoje prawa do potomka płci męskiej.

Aby stać się mężczyzną, młodzieniec musi się oczyścić z matczynej krwi, która go wykarmiła, ale staje się dla niego niebezpieczna, gdy on dorasta. – Jakże rozbudowana symbolika. Aż się prosi o komentarz Freuda! – żartuje Peltier.

Mit o Ziemi

Krew menstruacyjna również uchodzi za niebezpieczną. W czasie miesiączek kobietom nie wolno siadać byle gdzie ani swobodnie chodzić po wiosce. W trakcie ceremonii inicjacji muszą one jak zwykle zajmować się dziećmi i żywić rodzinę. Tego dnia także skoro świt wyruszają na połów. – Potem wymieniają nadwyżkę złowionych ryb na mączkę sago wytwarzaną przez okolicznych rolników, którzy żyją na bagnach leżących po drugiej stronie głównego koryta rzeki – opowiada Christian Coiffier, etnolog prowadzący wykłady w paryskim Muzeum Historii Naturalnej. – To właśnie do nich należy władza ekonomiczna.

Mężczyźni pracują w ogrodach i rzeźbią przedmioty przeznaczone na sprzedaż dla nielicznych turystów, którzy zapuszczają się w te rejony. Ich rolą jest też obrona terytorium i dbanie o życie kulturalne.

Ano właśnie. Dźwięk bębnów rozbrzmiewa echem w całej wsi. To zew krokodyla. Tancerze włożyli maski krokodyli i naszyjniki z kolorowych liści. Kobiety noszą sukienki z włókien z liści sagowca, czepki splecione ze sznurków i naszyjniki z muszelek. Mężczyźni suną naprzód gęsiego. Będą odtwarzać mit o krokodylu, który stworzył Ziemię. Rytuał się rozpoczyna. Ludzie składają ofiary (kurczaki, orzeszki betelu itp.) dla tych członków plemienia, którzy będą zajmować się młodzieńcami przechodzącymi inicjację. Tancerze uderzają mocno o ziemię, naśladując zniecierpliwionego gada, wściekle bijącego ogonem o ziemię, zanim rzuci się na młodzieńców.

Pojawia się dziesiątka nacinaczy niosących na plecach zupełnie nagich chłopców. Zgromadzeni mogą po raz ostatni oglądać uczestników inicjacji, nim znikną oni w przestrzeni sakralnej. I zaczną przechodzić swoją metamorfozę. Kobiety oraz niewtajemniczeni członkowie plemienia nie mogą za nimi pójść. Biali ludzie – i owszem. – Nas nie obejmują te zakazy – mówi Philip Gigliotti, założyciel biura podróży organizującego wyjazdy w te rejony. Tak więc mężczyźni i kobiety z Zachodu mogą uczestniczyć w tej ceremonii. Ale pod jednym warunkiem: że zdjęcia wykonane podczas tych uroczystości nie trafią z powrotem w te okolice i nigdy nie zostaną pokazane niewtajemniczonym Papuasom. Bo tradycja nakazuje, aby utrzymywać ich w niewiedzy. Żeby wierzyli, że to duch ogromnego krokodyla połyka młodzieńców wchodzących do Domu Duchów, a blizny na ciele są pozostałością po ukąszeniach świętego zwierzęcia.

Efekt tych nacięć sprawia przejmujące wrażenie. Po ich wykonaniu chłopcy poddający się inicjacji po raz pierwszy spędzają noc w Domu Mężczyzn czy też Domu Duchów. – Ta duża i wysoka izba, mająca 60 metrów długości i 15 metrów wysokości, przypomina małą katedrę. W środku na słupach są wyrzeźbione wizerunki przodków i krokodyli. Jest to centralny ośrodek aktywności politycznej, wojennej, magicznej i obrzędowej – wyjaśnia Daniel Vigne, twórca filmu dokumentalnego „Papous, entre deux mondes”. Porównuje on tę budowlę do naszego gmachu parlamentu. Bo to właśnie tam odbywają się debaty w męskim gronie. Po ostrych dyskusjach prowadzonych wokół stołka mówcy najstarsi członkowie rodów, nazywani Big Men, podejmują tu decyzje dotyczące społeczności.

– Niegdyś to również w tych domach przygotowywano się do łowienia głów – dodaje Peltier. Ta praktyka pozyskiwania ludzkich czerepów jest owiana mroczną legendą. Coiffier precyzuje: Europejczycy dużo fantazjowali na ten temat. Iatmulowie nigdy nie masakrowali masowo swoich wrogów, jak wierzono przez lata. Zabijali jedną albo dwie osoby, a zdobyte przy tej okazji głowy miały zapewniać pomyślność wspólnoty. Uf, można odetchnąć z ulgą… Dom Duchów w Kanganaman legł w gruzach podczas trzęsienia ziemi w 1980 r., ale został odrestaurowany. – To jeden z najpiękniejszych tego typu obiektów w kraju. Został uznany za narodowy zabytek – podkreśla Coiffier.

Następnego dnia nacinacze smarują łagodzącą i gojącą maścią rany Bennetha i innych uczestników inicjacji. Potem oblepia się ich od stóp do głów (również na twarzy) jakąś szarą glinką, co sprawia wrażenie, że chłopcy wytarzali się w popiele. Rany otwiera się ponownie jeszcze trzy razy, aby zapobiec zbyt szybkiemu zabliźnieniu. Tak, łuski mają swoją cenę…

– Oczywiście, że oni się boją! – przekonuje antropolog Christian Coiffier. On sam nigdy jednak nie słyszał o zgonie podczas ceremonii, choć ma styczność z Iatmulami już od około 40 lat. W tym czasie liście bambusa zastąpiono metalowymi nożykami, ale poza tym rytuał nic a nic się nie zmienił. Pewnego razu pewien młody Papuas, który odbył studia medyczne, zapytał francuskiego naukowca, czy mógłby mu dostarczyć leki pozwalające uniknąć ryzyka infekcji. Coiffier poszedł porozmawiać ze starszyzną: Nie zabronili tego, ale ostrzegli młodego człowieka przygotowującego się do inicjacji, że jego blizny nie będą tak piękne, jak należy. No i to się potwierdziło. Były mniej widoczne.

Zakaz łowienia głów

Nacinanie to ta część obrzędu inicjacji, która najmocniej nas porusza, ale według francuskiego specjalisty nie jest wcale najważniejsza. To zaledwie punkt wyjścia. – Od tej pory młody człowiek staje się równy przodkom, będzie miał dostęp do wszystkich szczebli w świecie mężczyzn i wszystkich elementów plemiennej tradycji: mitów, gestów, technik, wiedzy i magii – mówi Peltier. Dawniej w ciągu miesiąca, jaki trwała ta ceremonia, młodzi ludzie uczyli się przede wszystkim sztuki wojennej. Obecnie wyjaśnia im się, jak mają szanować swoją żonę albo regulować poczęcia. Uczą się gry na tradycyjnych instrumentach, takich jak flety czy bębny szczelinowe, oraz nabywają umiejętności organizowania ceremonii i parad maskowych. Przez cały ten czas we wsi panuje wielkie poruszenie. – Wszyscy żyją w rytm kolejnych etapów tego rytuału, takich jak przygotowanie darów, nacinanie skóry młodzieńców, oczyszczanie ran, kolejne ceremonie i uroczystości, połowy i rytualne posiłki… I tak aż do wielkiego święta wyzwolenia uczestników inicjacji – wymienia Dozier.

– Niegdyś rytm życia wspólnotowego Iatmulów wyznaczały bardzo liczne uroczystości, które pozwalały im się ściśle zintegrować z ich własnym światem – mówi Coiffier. Od początku kolonizacji w XIX w. liczba odprawianych rytuałów zmalała. Było ku temu kilka powodów, w tym zakaz prowadzenia wojen etnicznych i „łowienia głów” narzucony w latach 20. ubiegłego wieku przez lokalną administrację, czy tymczasowa migracja młodych mężczyzn do pracy na plantacjach palm kokosowych na Nowej Brytanii. Wojna na Pacyfiku, wraz z japońską inwazją i walkami, które temu towarzyszyły, jeszcze bardziej zaakcentowała ten upadek tradycyjnej obrzędowości. Tak samo jak późniejszy rozwój misji religijnych. Papuasi nawróceni na katolicyzm, chcąc skończyć z „czarami”, spalili swoje Domy Duchów. Tak oto z czasem wiele się zmieniło. – A obecnie ekspansja amerykańskich sekt protestanckich jest przeszkodą dla ożywienia pewnych rytuałów. Jednak na wielkim „rynku” wierzeń ludzie wybierają dla siebie to, co jest jakoś zbliżone do ich dawnych kultur. Przyciągają ich na przykład śpiewy czy możliwość wejścia w trans. Można to znaleźć w kościołach baptystów i w Odnowie Charyzmatycznej – analizuje Coiffier.

Stare praktyki, nowe zyski

Rozwój branży turystycznej, następujący od momentu uzyskania niepodległości przez Papuę-Nową Gwineę w 1975 r., łączy się z powrotem starych praktyk. Obecnie ceremonie są otwarte dla cudzoziemców, których zachęca się przy okazji do kupowania jak największej liczby wyrobów rękodzielniczych. Pozwala to sfinansować przygotowanie obrzędów i zapewnia stały dochód dla całej społeczności. W ciągu ostatnich 40 lat wiele rodzin wyprowadziło się i osiedliło w miastach na północno-wschodnim wybrzeżu kraju. Wielu młodych ludzi jeździ tam i z powrotem, z wiosek do miast. – Wieśniacy nie mogliby już wyżyć bez pieniędzy przekazywanych przez młodych. Powoli rynek wytwarzanych towarów zastąpił tradycyjny system wymienny. Nie można już dzisiaj żyć tak samo, jak przed dwustu laty… – zauważa Coiffier.

A jednak ci sami młodzi ludzie w końcu wracają, aby przejść inicjację. – Można się ożenić, żyć i pracować, nie poddając się tej próbie. Ale z drugiej strony daje ona pewien status społeczny – mówi francuski etnolog. – A otwierając swoje ceremonie dla turystów, Iatmulowie czynią z nich polityczny instrument służący podtrzymywaniu ich tożsamości kulturowej w obliczu świata białych oraz nowo powstałych państwowych instytucji.

Paris Match

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną