Forum

Najciekawsze historie świata

Rozmowa
7 listopada 2013

Piekło i niebo scjentologów

Pralnia mózgów

Są ludzie tak żarliwi w swej wierze, że dobrowolnie latami wegetują w obozach karnych. To scjentolodzy. Lawrence Wright, laureat Nagrody Pulitzera, demaskuje kulisy działalności ich Kościoła. I przez to stał się jego wrogiem numer 1.
rozm. Cordula Meyer
Der Spiegel Der Spiegel

Zanim wziął się pan za scjentologię, otrzymał Nagrodę Pulitzera za książkę o Al-Kaidzie. Skąd taka zmiana tematyki?
Lawrence Wright: Podobnie jak wielu ludzi postrzegałem dawniej scjentologię jako dziwaczny system wierzeń. Zaskakujące dla mnie było to, że znane osoby, takie jak Tom Cruise czy John Travolta, mimo olbrzymiej publicznej krytyki tej organizacji, nadal pozostawały jej wierne.

Ale już sama geneza scjentologii jest zagadkowa. Hubbard, autor powieści science fiction, napisał, że galaktyczny władca Xenu żył przed 75 milionami lat w uniwersum przypominającym nasz wszechświat. Xenu za pomocą podstępu – rzekomej weryfikacji podatków – zebrał ludzi w statkach kosmicznych, które przypominały amerykańskie odrzutowce DC-8. Następnie wysłał na Ziemię ich sparaliżowane ciała i rozmieścił je wokół wulkanów. Potem bombardował je bombami wodorowymi. Przecież czegoś takiego nie można brać na poważnie.
Faktycznie. A jednak wśród scjentologów pojawiają się takie postacie jak Paul Haggis, urodzony sceptyk, niezwykle błyskotliwy i kreatywny. Napisał scenariusze do dwóch oscarowych filmów – „Miasto gniewu” i „Za wszelką cenę”. I ktoś taki trwał 35 lat przy scjentologach, mimo że wiele z tez Kościoła uważał za szaleństwo. Dlaczego? To temat mojej książki.

Dlaczego – zdawałoby się – rozsądni ludzie znajdują coś dla siebie w organizacji, której celem jest najwyraźniej wyłącznie robienie pieniędzy?
To ludzie, którzy poszukują odpowiedzi na kwestie duchowe, a nie udało im się ich odnaleźć w innych religiach. Ludzie z problemami osobistymi. Scjentologia oferuje testy osobowości i kursy, które mają dopomóc w rozwiązaniu problemów. Wielu uczestników tych kursów uważa, że w ich trakcie udzielono im realnej pomocy.

Na czym polegają manipulacje stosowane przez sektę?
Na początku trzeba sobie uświadomić, jaki jest faktyczny cel. Twórca scjentologów Hubbard pisał, że istnieje rozum racjonalny i reaktywny. Pierwszy działa doskonale – niczym komputer. Drugi generuje lęki i negatywne doświadczenia. Myśli muszą być tak często powtarzane, aż utracą wszelkie negatywne znaczenie.

Brzmi to trochę jak terapia dla osób z zespołem pourazowym. A jak naprawdę wygląda terapia scjentologiczna?
Podczas procedury tzw. audytowania człowiek podłączony jest do E-metra, rodzaju wykrywacza kłamstw. W dłoniach trzyma dwie blaszane puszki podłączone do detektora. Dawniej były to puszki po zupie, z których zdarto etykietki. Tak się mierzy reakcję skórno-galwaniczną. Podczas audytowania człowiek może np. powiedzieć: Czuję się źle, bo matka mnie dziś obsobaczyła. Podczas kolejnych spotkań audytor będzie mu kazał opowiadać tę historię w kółko od nowa, aż w końcu E-metr nie wykaże żadnej reakcji. Potem audytor spyta delikwenta, czy przypomina sobie analogiczne wydarzenia z przeszłości. Może ktoś np. zapamiętał, że nauczycielka biła go w szkole linijką. Potem audytor znowu indaguje, aż wypytywany nie może już sobie niczego przypomnieć. Jednak E-metr wciąż coś pokazuje. Wtedy ktoś nagle zaczyna sobie przypominać siebie w statku kosmicznym w poprzedniej cywilizacji, podczas wojny z innymi statkami kosmicznymi. Tak fabrykuje się przeróżne historie. Igiełka na E-metrze porusza się i pokazuje, że to prawdziwe wspomnienia z poprzedniego życia.

Czy łatwo jest wmówić komuś takie wspomnienia?
To zaskakująco proste. Historię o statkach kosmicznych opowiadali mi scjentolodzy. Niektórzy mieli takie wizje już na pierwszym spotkaniu. Nagle zaczynasz wierzyć, że żyłeś już kiedyś wcześniej, a scjentologia pomaga obudzić rzekome wspominki z tamtego życia. Często ludzie odnoszą wrażenie, że opuszczają swoje ciało, a ich dusza porusza się swobodnie w powietrzu albo wręcz udaje się na inne planety. To coś w rodzaju odlotu po narkotyku. Robi to tak silne wrażenie, że wszelki sceptycyzm wobec scjentologii pryska jak bańka mydlana.

Wystarczy taki hokus-pokus, by zapomnieć o wszelkiej ostrożności?
Najwyraźniej. Pewien scjentolog opowiedział mi następującą historię. Cierpiał na hemoroidy od czasu służby w wojsku i za każdym razem, gdy widział film wojenny albo paradę wojskową, następował u niego nawrót choroby. Podczas audytowania przypomniał sobie, że w poprzednim życiu jako dziecko znalazł się na linii wymiany ognia podczas amerykańskiej wojny secesyjnej. Jakiś żołnierz strzelił mu prosto w tyłek. Po tym odkryciu nigdy później nie cierpiał z powodu hemoroidów. Człowiek ten był absolutnie przekonany, że audytowanie go wyleczyło. Ludzie opowiadają o wspomnieniach z łona matki albo z okresu, gdy byli jeszcze spermą.

Brzmi to nieco idiotycznie.
Nawet Hubbard uważał to za wariactwo. Aż zaczął słyszeć takie wspominki od coraz większej liczby ludzi. I w końcu sam zaczął je mieć.

Jak to możliwe?
Zastraszająco łatwo jest zaszczepić ludziom fałszywe wspomnienia, które oni potem uważają za prawdziwe.

Ilu członków liczy sobie Kościół scjentologiczny?
Twierdzi, że jest ich osiem, dziesięć milionów, ale to kłamstwo. Międzynarodowe Zrzeszenie Scjentologów liczy zaledwie 50 tys. członków. Faktyczna liczba jest gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami.

Co było dla pana szczególnie bulwersujące podczas zbierania materiałów?
Znęcanie się nad dziećmi. W wieku ośmiu, dziewięciu lat trafiają do tzw. organizacji morskiej. To nazwa, którą wymyślił Hubbard, bo członkowie Sea Organisation pływają na statku. Wstępując do związku wyznaniowego podpisują kontrakt na miliard lat, no bo czym to jest wobec wieczności? Rezygnują z wykształcenia, są biedni. Nie mają potem możliwości przetrwania w normalnym świecie.

Związek twierdzi, że działa zgodnie z przepisami, że członkowie organizacji morskiej muszą mieć przynajmniej 16–18 lat i uczęszczają na obowiązkowe lekcje.
Znany jest przypadek młodego człowieka Daniela Montalvo, który wstąpił do organizacji w wieku sześciu lat. Musiał usuwać elementy azbestowe z elewacji hotelu bez odzieży ochronnej. Potem był kimś w rodzaju sługi dla prominentów, strażnikiem, który stał przed budynkiem, gdy jakiś gwiazdor przebywał w środku podczas audytowania. Zastanawiam się, czy taki celebryta kiedykolwiek rozważał, dlaczego ten dzieciak nie siedzi w szkole.

Istnieje miejsce, nazywane „dziurą”, czemu organizacja stanowczo zaprzecza. Co to tak naprawdę jest?
Organizacja posiada tzw. ośrodki rehabilitacyjne. To obozy karne, jak w komunistycznych Chinach. Człowiek spędza tam całe dnie na spowiadaniu się ze swoich grzechów, czytaniu książek Hubbarda i ciężkiej pracy. W 2003 r. przywódca Kościoła David Miscavige otworzył ośrodek dla uwięzionych w Gold Base w Kalifornii. Stoją tam szeregi podwójnych przyczep kempingowych.

Ludzie uwięzieni są w przyczepach?
Tak. I to w takich, w których nie ma mebli, a wszędzie biegają mrówki. Uwięzieni śpią na podłodze, jedzą resztki z kubłów na śmieci. Na zewnątrz mogą wyjść tylko raz w ciągu dnia, są polewani wodą z węża i wracają do przyczep, by znów wyznawać swoje winy. Często są przy tym bici.

Organizacja temu zaprzecza. Twierdzi, że opisy przemocy są wymysłami rozgoryczonych wyznawców, którzy opuścili Kościół. Kto bije przetrzymywanych ludzi?
Ludzi zachęca się do tego, by atakować siebie nawzajem. Pewien wysoko postawiony członek Kościoła musiał myć podłogę toalety własnym językiem.

Jak długo muszą pozostawać tam członkowie, którzy popadną w niełaskę?
Nawet prezydent Kościoła Heber Jentzsch od siedmiu lat mieszka w „dziurze”, chociaż sama organizacja podaje w komunikatach, że po prostu rzadziej pokazuje się publicznie. Znam pewną historię, która wiele wyjaśnia. Któregoś wieczoru najwyższy przywódca Kościoła scjentologicznego David Miscavige przyszedł do uwięzionych i powiedział: Zagramy teraz w gorące krzesła. Tylko ten, kto ostatni siądzie na krześle, może tu zostać. Wszyscy inni mieli zostać wyrzuceni z „dziury”.

I co się stało?
Ludzie tam byli przetrzymywani od lat, Miscavige zaoferował im bilet na wolność. A co zrobili? Walczyli o to, by móc zostać, omal nie pobili się o to ostatnie krzesło.

Czy państwo już dawno nie powinno interweniować?
Podczas zbierania materiałów dowiedziałem się o dochodzeniu prowadzonym przez FBI. Urzędnicy zastanawiali się nad sposobem uwolnienia ludzi z obozów karnych. Jednak pierwsza poprawka do Konstytucji gwarantuje wolność wyznania. A więc nie doszło do obławy policyjnej.

Mimo wszystko nie potępia pan Hubbarda.
To jeden z najbardziej interesujących ludzi, o jakich kiedykolwiek pisałem. Fascynujący, pełen sprzeczności. Znalazł się w Księdze rekordów Guinnessa, bo napisał ponad tysiąc książek. Stworzył Kościół, który istnieje od pół wieku. Gdyby chodziło mu tylko o pieniądze, to po prostu zgarnąłby kasę i uciekł. Większość życia spędził z E-metrem, starając się zrozumieć samego siebie.

Czy to prawda, że stowarzyszenie zmusza ciężarne kobiety z organizacji morskiej do aborcji?
Tak, jeśli zajdą w ciążę, muszą poddać się aborcji albo opuścić organizację. Takie są fakty, nawet jeśli Kościół scjentologiczny temu zaprzecza. Pragnie formować młodych ludzi, ale nie chce się o nich troszczyć.

Może dlatego, że struktury rodzinne zaburzają funkcjonowanie systemów totalitarnych?
Tak, bo wówczas trzeba dzielić się lojalnością. Organizacja nakłania członków do rozwodu, gdyby istniało takie zagrożenie.

W latach 70. organizacja chciała zinfiltrować amerykańskie władze. Czy takie plany należą już do przeszłości?
Także obecnie scjentolodzy pragną wywierać wpływ na deputowanych. Mają swoich adwokatów. Ale najskuteczniejsi są znani ludzie działający jak lobbyści, którzy usiłują wpłynąć na ustawodawstwo.

W jaki sposób jeszcze te sławy wspierają Kościół?
Bez nich w ogóle by nie istniał. Posiada ośrodki dla celebrytów, dokąd wstęp mają także zwykli scjentolodzy. Ludzi kusi się tym, że znajdą się obok sławnego aktora czy muzyka. Ci jednak tak naprawdę są odizolowani.

Jak istotną rolę w organizacji pełni Tom Cruise?
Dawni menedżerowie Kościoła mówili mi, że jest najważniejszą postacią w organizacji po Hubbardzie. Przywódca Miscavige był świadkiem na jego dwóch ostatnich ślubach.

Czy istnieje też młode pokolenie prominentnych scjentologów?
Piosenkarz Beck, Elisabeth Moss z amerykańskiego serialu „Mad Men”, Lisa Marie Presley.

Co aktorów tak ciągnie w stronę scjentologii?
W młodym wieku kończą szkołę i starają się zostać gwiazdami. Nie mają dobrego wykształcenia i czują się intelektualnie gorsi od rówieśników, którzy się kształcą, by zostać lekarzami czy inżynierami. Na tych kompleksach gra scjentologia.

Czy organizacja interesuje się wyłącznie bogatymi i wpływowymi ludźmi, czy także takimi z marginesu społeczeństwa?
Nie, trzeba dysponować setkami tysięcy dolarów na kursy i książki. Niektórzy inwestują nawet miliony. Kto tego nie robi, nie zajdzie wysoko w organizacji.

Mimo wszystko nazywa pan ją Kościołem. Co według pana czyni z niej Kościół?
Urząd podatkowy. Podjął tę decyzję w 1993 r. Scjentologia otrzymała wówczas ochronę prawną, jaką gwarantuje pierwsza poprawka.

Napisał pan, że organizacja dysponuje płynnym kapitałem o wartości miliarda dolarów.
Niektórzy twierdzą, że kapitał ten jest znacznie większy. Dla Kościoła katolickiego problemem byłoby wysupłanie takiej kwoty. Kościół scjentologiczny ma taką sumę na kontach w rajach podatkowych. Kupuje też nieruchomości w najlepszych lokalizacjach w Ameryce i Europie.

Opowieść o tym, jak zwolniono organizację z płacenia podatku, jest jednym z najciekawszych rozdziałów pańskiej książki.
Zanim Hubbard zmarł, postanowił, że nie będzie płacił podatków. Do 1993 r. stowarzyszenie miało dług wobec fiskusa wysokości miliarda dolarów. Taką sumą Kościół wówczas nie dysponował.

I co zrobiono?
Miscavige postanowił wytoczyć 2,5 tys. postępowań sądowych przeciw urzędowi podatkowemu i poszczególnym jego urzędnikom, których śledzili wynajęci przez niego prywatni detektywi. Udało mu się sparaliżować cały urząd, i jeszcze się przechwalał, że inspektorzy nie mogą uczestniczyć nawet w zebraniach, bo są zbyt zajęci scjentologią. Organizacji udało się nawet przemycić swoich członków do urzędu, skąd wynosili informacje.

Jak skończyła się ta batalia?
W 1993 r. Miscavige udał się ze swoimi adwokatami do Waszyngtonu. Zdecydował się na rozmowy z ludźmi przeprowadzającymi dochodzenie podatkowe. Ostatecznie urząd podatkowy skapitulował, obniżył zaległe daniny do 12 milionów i pozwolił, by organizacja sama określiła, jaki rodzaj działalności ma zostać zwolniony od podatków.

rozm. Cordula Meyer © Der Spiegel, Distr. by NYT Synd.

***

Lawrence Wright (ur. w 1947 r.), amerykański dziennikarz i scenarzysta filmowy („Zapomniane grzechy”, „Stan oblężenia”). W 2007 r. zdobył Nagrodę Pulitzera za dokumentalny esej „The Looming Tower” o początkach i działaniach Al-Kaidy oraz o zamachach z 11 września. W Polsce ukazały się jego książki „Bliźnięta” i „Stan oblężenia”. W tym roku wydał „Going Clear” – rezultat dziennikarskiego śledztwa w sprawie działalności organizacji scjentologicznej. Zbierając materiały do tej książki, rozmawiał z 200 scjentologami i ludźmi, którzy wystąpili z sekty. Władze scjentologów rozpoczęły negatywną kampanię przeciw pisarzowi, a także wynajęły prywatnych detektywów do śledzenia Wrighta, by wytoczyć mu proces. Pisarz z kolei, czując się zagrożony, zainstalował system alarmowy w swoim domu.

W Stanach Zjednoczonych organizacja scentologów została uznana za Kościół.

Scjentolodzy działają także w Europie, również w Polsce – tyle że pod szyldem stowarzyszenia, a nie związku wyznaniowego.

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną