Forum

Najciekawsze historie świata

Reportaż
3 lipca 2014

Żydzi wykupują Arabów w Jerozolimie

Nowa Jerozolima

W Świętym Mieście Żydzi kupują arabskie nieruchomości, by odzyskać starą dzielnicę muzułmańską.
H. Sherwood

Via Dolorosa, droga, którą szedł Jezus, niosąc swój krzyż do miejsca publicznej kaźni niemal dwa tysiące lat temu, biegnie przez środek jerozolimskiego Starego Miasta aż do ruchliwej ulicy Al-Wad. Tu stoi dom, w którym już od trzech pokoleń mieszka rodzina Nadżibów. Za każdym jednak razem, gdy któryś z jej członków wchodzi po wydeptanych kamiennych stopniach do domu, pojawia się problem.

W tyglu wiary

Na ich drodze staje izraelski żołnierz z karabinem przewieszonym przez klatkę piersiową. Na głowie ma czapkę z daszkiem ocieniającą mu twarz o zaciętych rysach. Stoi na środku słabo oświetlonej klatki schodowej, niemal całkowicie zastawiając przejście na wyższe piętra. Nie rusza się. Nadżibowie usiłują jakoś go ominąć, odwracając przy tym wzrok, by uniknąć ewentualnej konfrontacji. Czasami próbują bronić swych praw. – Pozwól nam przejść, to nasz dom. Zejdź nam z drogi – mówią. Małe zwycięstwo nie trwa jednak długo. Nadżibowie się boją, że zarówno oni, jak i inne palestyńskie rodziny toczą bitwę, która już jest przegrana.

Polem tej bitwy jest historyczna starówka – jej teren otoczony murami to zaledwie niecały kilometr kwadratowy. Jest luźno podzielona na dzielnice: muzułmańską, żydowską, chrześcijańską i ormiańską. To samo serce ciągnącego się od dziesięcioleci konfliktu izraelsko-palestyńskiego, ośrodek trzech wielkich religii, który przyciąga pielgrzymów i turystów z całego świata.

W tym tyglu wiary księża, rabini i imamowie mieszają się z ludźmi w szortach i z plecakami, którzy wędrują wąskimi uliczkami po wyślizganych kamieniach. Tłumy pielgrzymów z Europy Wschodniej, Afryki Zachodniej i Ameryki Łacińskiej mieszają się z ultraortodoksyjnymi Żydami i pobożnymi muzułmanami – idącymi na modlitwę do bazyliki Grobu Świętego, pod Ścianę Płaczu lub do meczetu Al-Aksa.

Ale z dala od sklepów z pamiątkami, gdzie można kupić mnóstwo drobiazgów, od skrzyneczek z drzewa oliwnego po stroje do tańca brzucha, trwa ostra walka o to, czyja będzie Jerozolima. Palestyńczycy mówią, że przyspiesza „judaizacja” Starego Miasta; żydowscy osadnicy odpowiadają, że odzyskują jedynie ziemię ofiarowaną im przez Boga.

Na razie zaledwie tysiąc żydowskich osadników mieszka wśród 31 tys. Palestyńczyków w dzielnicy muzułmańskiej. To maleńka mniejszość, ale bardzo widoczna i wywołująca wściekłość Palestyńczyków. Żydowscy osadnicy kupują domy, w których od dziesięcioleci, a nawet stuleci mieszkały muzułmańskie rodziny. W oknach i na dachach od razu wywieszają izraelskie flagi. To frontowi wojownicy wielkiej kampanii, wspieranej przez rząd Izraela, władze miasta i służbę bezpieczeństwa, mającej zapewnić Żydom kontrolę nad Jerozolimą i doprowadzić do tego, by liczba Palestyńczyków w mieście była jak najmniejsza.

Dwanaścioro członków rodziny Nadżibów – ośmioro dorosłych i czworo dzieci – mieszka w trzech pokojach w mieszkaniu na pierwszym piętrze przy ulicy Al-Wad. Ebtahadż Nadżib ma 58 lat. Wprowadziła się tu w 1973 r., w dniu, w którym wyszła za mąż za swego kuzyna. Tu urodziły się i wychowały jej dzieci, których jest dziewięcioro – m.in. 38-letni dzisiaj syn Jusef. Jej mąż zmarł osiem lat temu.

Tu są nasi

Tradycyjne rodziny palestyńskie mieszkają razem albo też najbliżsi krewni osiedlają się w sąsiedztwie, ale mieszkanie Nadżibów jest za małe, więc dorośli synowie, którzy założyli własne rodziny, musieli się wyprowadzić. – Myśli pani, że każdy ma swój pokój? – śmieje się Ebtahadż, gdy pytam, gdzie śpią pozostali członkowie rodziny. Na noc rozkłada się kanapy w salonie i wszyscy śpią razem.

A jednak dom Nadżibów jest dosyć przestronny w porównaniu z innymi mieszkaniami w dzielnicy. Przez duże okna wpada światło do wysokiego salonu, gdzie na ścianach wiszą portrety wąsatego dziadka Jusefa i uszminkowanej babci. Skromnie umeblowany pokój ma balkon, z którego widać sklepy, kawiarnie i restaurację Abu Akri, gdzie można dostać najlepszy humus na starówce.

Tuż nad balkonem, z drugiego piętra, zwiesza się pięć flag Izraela. Dla przechodniów są symbolem państwa żydowskiego, podobnie jak hebrajski napis nad łukowato sklepionym wejściem głoszący, że znajduje się tu synagoga Związku Bojowników o Jerozolimę. Przekaz jest jasny: ten budynek zamieszkują Żydzi. Rodzina Nadżibów staje się prawie niewidzialna.

Nad ich mieszkaniem przez ostatnie 30 lat mieściła się jesziwa, czyli szkoła talmudyczna. Nadżibowie mówią, że jej uczniowie, nauczyciele i uzbrojeni ochroniarze, kręcący się nieustannie po budynku, rozrzucają śmieci na klatce schodowej i straszą dzieci. – O każdej porze dnia i nocy śpiewają, modlą się, słuchają muzyki, trzaskają drzwiami i biegają po schodach. Ale nie odzywają się do nas – mówi Jusef.

Zjednoczona, podzielona

Gdy opuszczam dom Nadżibów pod czujnym okiem strażnika siedzącego w budce naprzeciwko bramy, po schodach schodzi grupa młodych ludzi. Chciałabym porozmawiać, ale wymijają mnie, odwracając wzrok. Daniel Luria, rzecznik organizacji Ateret Kohanim, do której należy jesziwa, mówi mi później, że żaden z Żydów mieszkających w dzielnicy muzułmańskiej nie udzieli mi wywiadu. – Te wszystkie wywiady są przeciwko nam. Zawsze przedstawia się nas jako okupantów, a Palestyńczyków jako prawowitych mieszkańców – dodaje.

Według strony internetowej Ateret.org.il jesziwa jest „duchowym ośrodkiem społeczności złożonej z niemal tysiąca osób w sercu Starego Miasta, w tzw. dzielnicy muzułmańskiej”.

Ateret Kohanim nie tylko wspiera studia biblijne, ale także pomaga Żydom kupować arabskie nieruchomości na Starym Mieście i we wschodniej Jerozolimie.

Jak mówi Luria, chodzi o „fizyczne i duchowe odkupienie” miasta. Organizacja pomogła w zakupie co najmniej 50 nieruchomości w dzielnicy muzułmańskiej i ma zamiar powiększyć tę liczbę.

Napisano wiele książek o trudnej i pełnej przemocy historii Jerozolimy. Żydzi bezspornie byli jej pierwszymi mieszkańcami, ale muzułmanie i chrześcijanie także zamieszkują ją od wielu stuleci. Pod koniec wojny, jaka wybuchła po ustanowieniu państwa Izrael w 1948 r., Jerozolimę podzielono. Stare Miasto znalazło się po wschodniej, kontrolowanej przez Jordanię stronie „zielonej linii” demarkacyjnej. Liczba Żydów za starożytnymi murami skurczyła się do zera.

Dziewiętnaście lat później, w 1967 r., Izrael przejął wschodnią Jerozolimę podczas wojny sześciodniowej, „wyzwalając” Stare Miasto. Żydzi powrócili na swoją stronę Ściany Płaczu, a Izrael ogłosił „zjednoczoną i niepodzielną” Jerozolimę swoją wieczną stolicą. Przyłączenie wschodniej części miasta przez Izrael nigdy nie zostało uznane przez społeczność międzynarodową.

Palestyńczycy chcieliby, żeby zamieszkana głównie przez Arabów Jerozolima wschodnia stała się kiedyś stolicą ich państwa, ale Izrael zrobi wszystko, by uniknąć podziału miasta. Dlatego właśnie, zgodnie z polityką państwa, Żydzi zakładają żydowskie „dzielnice” – reszta świata nazywa je „osiedlami” – na terenach, które przed rokiem 1967 znajdowały się za zieloną linią.

Niektóre z tych osiedli to wielkie projekty budowlane, złożone z nowoczesnych bloków mieszkalnych zamieszkanych przez tysiące Izraelczyków. Inne to maleńkie osady zwolenników twardej polityki wobec Palestyny, którzy zamieszkują w samym sercu społeczności palestyńskich, gdzie obecność zarówno osadników, jak i chroniących ich żołnierzy wywołuje napięcia i konflikty. Nadzieje na układ pokojowy, na mocy którego obie społeczności mogłyby razem mieszkać w Jerozolimie, są niewielkie.

Ateret Kohanim działa na rzecz zwiększenia i wzmocnienia żydowskiej obecności w dzielnicach muzułmańskiej, chrześcijańskiej i ormiańskiej. Według Lurii organizacja „ułatwia transakcje”, ale sama nie kupuje żadnych nieruchomości. Krytycy mówią, że organizacja steruje całą siecią podstawionych firm, próbując ukryć swoje zaangażowanie na rynku mieszkaniowym.

Pod karą śmierci

W raporcie „Jerozolima, Stare Miasto”, opublikowanym w 2009 r. przez International Peace and Cooperation Centre (IPCC), obywatelską organizację palestyńską, czytamy, że Ateret Kohanim „przewodzi w procesie judaizacji Starego Miasta”. Nieruchomości nabywane były na trzy rożne sposoby: ktoś udowadniał przed sądem, że dawniej budynek należał do Żydów, i uzyskiwał nakaz eksmisji jego palestyńskich mieszkańców; przejmowano także pustostany albo korzystano z możliwości przeprowadzenia transakcji na rzecz anonimowego klienta.

Luria zaprzecza, jakoby Ateret Kohanim wykorzystywała podstawione firmy, choć przyznaje, że transakcje odbywają się czasami przez palestyńskich pośredników. – Prawo arabskie stanowi, że Arab powinien zostać zabity, jeśli sprzeda dom Żydowi. To wstyd dla nowoczesnego, demokratycznego kraju, ale Arabów trzeba chronić przed nimi samymi. Zdarza się, że któryś nie może otwarcie być stroną w jakiejś transakcji. Korzysta się zatem z usług pośredników i wykonuje prawne akrobacje. Nie przy każdej transakcji, ale zdarzają się takie sytuacje.

Według palestyńskich aktywistów obecne cele organizacji to nieruchomości w pobliżu Bramy Heroda, obok Bramy Lwów oraz w okolicy Małej Ściany Płaczu, bardzo blisko Wzgórza Świątynnego.

– To serce ziemi żydowskiej. Dlaczego nie mielibyśmy tam wrócić? Zwłaszcza jeśli płacimy za to duże sumy? Nie wyrzucamy ludzi z domów. Żydzi powinni mieć możliwość kupowania tutaj nieruchomości tak samo jak w Londynie czy Nowym Jorku. Jesteśmy rdzennymi mieszkańcami tych ziem. To Arabowie są nielegalnymi osiedleńcami, okupującymi te tereny. Jeśli odczuwają dyskomfort z powodu obecności Żydów w dzielnicy muzułmańskiej, to oczywiście przykre, ale nie brakuje krajów, w których muzułmanie stanowią większość, a Żydów nie ma wcale. Jeśli nas nie akceptują, to już ich problem. Dlaczego miałbym kogokolwiek przepraszać albo odczuwać wyrzuty sumienia? – pyta Luria.

Choć Luria może bez końca mówić o prawie Żydów do ziemi, jest bardzo dyskretny, jeśli chodzi o finansowanie organizacji. Pytam, czy jednym ze sponsorów jest Irving Moskowitz, 80-letni amerykański baron salonów bingo, którego fundacja finansuje osadnictwo we wschodniej Jerozolimie. Podobno przekazuje miliony dolarów dla Ateret Kohanim. – Otrzymujemy datki w kraju i z zagranicy, ale nie ujawniamy tożsamości darczyńców – to wszystko, co Luria ma do powiedzenia. Organizację wspiera także państwo Izrael i to nie tylko poprzez zapewnienie ochrony osadnikom.

Coraz gorsze warunki

Kilka metrów od domu Nadżibów, na skrzyżowaniu ulicy Al-Wad i Via Dolorosa, zawsze stoi patrol izraelskiej policji, rutynowo legitymując Palestyńczyków. Policjanci żądają okazania dokumentów, wypytują o miejsce zamieszkania oraz o to, dokąd udaje się zatrzymana osoba. – Nigdy nie zatrzymują Żydów. Są tutaj, żeby im pomagać, a nas nękać – mówi Jusef.

Tymczasem w wąskich uliczkach i na ukrytych podwórkach dzielnicy muzułmańskiej warunki życia pogarszają się z dnia na dzień. Przez ostatnie 30 lat ludność dzielnicy zwiększyła się dwukrotnie, problem przeludnienia i biedy narasta. Z raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych o gospodarce Autonomii Palestyńskiej, opublikowanego na początku tego roku, wynika, że gęstość zaludnienia w dzielnicy muzułmańskiej jest niemal trzykrotnie wyższa niż w żydowskiej, a w wielu domach zamieszkanych przez Palestyńczyków nie ma bieżącej wody ani kanalizacji. Z danych IPCC wynika, że ponad 80 proc. domów wymaga remontu.

Trzy czwarte dzieci w dzielnicy muzułmańskiej żyje poniżej granicy ubóstwa, a bezrobocie wynosi ponad 30 procent. Z bocznych uliczek rzadko usuwa się śmieci, brakuje miejsca na place zabaw. Wiele dzieci pracuje, zamiast chodzić do szkoły. Rośnie problem przemocy domowej i narkomanii.

Główną przyczyną migracji na Stare Miasto jest wymóg państwa izraelskiego, według którego Palestyńczycy muszą udowodnić, że Jerozolima jest ich „ośrodkiem życia”, by zachować cenny status mieszkańców miasta, a wraz z nim lepszy dostęp do miejsc pracy, edukacji i opieki zdrowotnej. W latach 2006–2011 wielu Palestyńczykom odebrano ten status, co spowodowało napływ do centrum tysięcy ludzi z przedmieść i okolicznych wiosek. Inni, odcięci od centrum przez potężny, betonowy mur, przeprowadzili się na Stare Miasto, by uniknąć codziennej kontroli dokumentów na punktach granicznych.

– Rodziny żydowskie ze Starego Miasta mają Arabów za sąsiadów. Często mieszkają przy tym samym podwórku. Być może nie żyją w przykładnej miłości, ale jakoś jednak współistnieją – to chyba najlepsze, czego można oczekiwać w punkcie tak zapalnym jak Jerozolima. Niestety, niektórzy Arabowie nie mogą się pogodzić z tym, że ich sąsiadami są Żydzi. Zapominają, że ziemia izraelska należy do narodu żydowskiego – mówi Luria.

Nie sprzedam!

W domu przy ulicy Al-Wad, pod powiewającymi izraelskimi flagami, niedaleko posterunków, na których stacjonują uzbrojeni policjanci i ochroniarze, śpiew muezina z meczetu po drugiej stronie ulicy zagłuszają żydowskie modlitwy z jesziwy na wyższym piętrze, Jusef wzrusza ramionami, gdy pytam, czy jego zdaniem Żydzi zostaną na dobre w dzielnicy muzułmańskiej. – Nie pozwalają nam na stworzenie własnego państwa na Zachodnim Brzegu Jordanu, a myśli pani, że oddadzą nam wschodnią Jerozolimę? – pyta.

Do drzwi Nadżibów często pukają osadnicy, oferując duże pieniądze, jeśli rodzina się wyniesie gdzie indziej. Jusef niezmiennie odpowiada: Nie oddałbym wam swojego domu, nawet gdybyście obdarowali mnie całym bogactwem Izraela.

© Guardian News & Media

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną