Artykuły

Wyspa jak kłoda tonąca

Czekając na Cuba Libre

Numer 07.2015
Przedmieścia Santiago de Cuba. Przedmieścia Santiago de Cuba. Saram Vasin/ The Washington Post / Getty Images
Cukru brak, mięso bywa, benzyna się kończy. Za to czarny rynek, korupcja i prostytucja mają się na Kubie coraz lepiej.
Stara Hawana – domy i samochody sprzed rewolucji.Corbis Stara Hawana – domy i samochody sprzed rewolucji.
Peso kubańskie, niewymienialne.AN Peso kubańskie, niewymienialne.
Peso wymienialne, dla turystów.AN Peso wymienialne, dla turystów.
Książeczka z kartkami żywnościowymi.AN Książeczka z kartkami żywnościowymi.

Trzy największe zdobycze rewolucji to szkolnictwo, opieka zdrowotna i suwerenność. A jej trzy największe porażki to śniadanie, obiad i kolacja. Ten kawał z brodą, już od półwiecza opowiadany przez mieszkańców Hawany, nie za bardzo śmieszy Marianę. Nie dlatego, że jest ponuraczką bez poczucia humoru. Po prostu codziennie na własnej skórze doświadcza niepowodzeń rewolucji. Podobnie jak inni Kubańczycy każdego ranka się zastanawia, co włożyć do garnka.

Na wyspie już od 1962 r. obowiązuje system kartkowy. Książeczka z kartkami, czyli libreta, daje każdemu prawo do zakupienia podstawowych produktów żywnościowych: m.in. cukru, ryżu, drobiu, pieczywa, oleju i kawy. Tyle że przydzielone racje są więcej niż skromne: miesięczny przydział towarów ledwo wystarcza na dwa tygodnie. A poza tym z miesiąca na miesiąc libreta coraz bardziej przypomina science fiction albo spis pobożnych życzeń.

– Kiedyś jadaliśmy mięso co dziewięć dni. To było święto, które nazywaliśmy „nowenną”. Potem zaczęliśmy obchodzić „dwudziestnicę”. Teraz nie trzeba już wymyślać kolejnych określeń, bo w sklepach w ogóle nie ma mięsa – mówi Mariana. Nie tylko mięsa. Co rusz się okazuje, że z półek zniknął jakiś kolejny towar. – W tym miesiącu nie ma kurczaków. W poprzednim zabrakło papieru toaletowego i pasty do zębów. Ale może za to w końcu kiedyś rzucą ziemniaki.

Kuba importuje 80 proc. potrzebnej żywności. Urodzajna, zielona wyspa została w minionym półwieczu zupełnie wyjałowiona przez fatalną politykę rolną. Po rewolucji władze zaczęły tworzyć państwowe gospodarstwa rolne i postawiły wszystko na uprawę trzciny cukrowej. Było to krótkowzroczne posunięcie. Gdy w 1990 r. Związek Radziecki przestał kupować kubański cukier po sztucznie zawyżonych cenach, branża cukrowa podupadła. Dziś Kuba importuje także cukier.

Aby ratować sytuację, przed czterema laty komunistyczny reżim zmienił kurs i zaczął nadawać działki chłopom gospodarującym na własny rachunek. Juan, były oficer kubańskiej armii, który odszedł z wojska w 2009 r., jest jednym z takich nowych farmerów. Osiedlił się na wsi w odległości 30 km od Hawany i gospodaruje tam na 13 hektarach ziemi. Uprawia dynie, bataty i trzyma małe stadko zwierząt hodowlanych.

Trzeba luchar

Życie rolnika na Kubie to nie idylla. – Nie mam traktora i muszę orać parą wołów. Nie mam też dostępu do nawozów, więc plony są bardzo słabe. Nie mogę sprzedawać tego, co uda mi się zebrać z pola, w Hawanie, gdzie jest zbyt, bo koszty transportu są za wysokie. Dużą część plonów przeznaczam zatem na paszę dla zwierząt. A sprzedaż mięsa poza państwowym skupem jest zakazana – wylewa swoje żale Juan. Jedynym rozwiązaniem jest czarny rynek. Kilka razy w tygodniu farmer jeździ autobusem do stolicy, przewożąc w bagażu kurczaki albo połcie wieprzowiny. Towar musi być pieczołowicie ukryty i zabezpieczony. – Nie mogę dać się złapać na szmuglowaniu mięsa, bo to tak, jakbym przerzucał kokainę!

Jest także dzierżawcą paru krów. W trosce o wykarmienie ludności reżim zadekretował, że krowy na wyspie są święte. Jako zasób o strategicznym znaczeniu, kubańskie krasule są nietykalne i nie mogą być niczyją prywatną własnością. Ponieważ jednak ceny w skupie są śmiesznie niskie, przemyślni chłopi „chrzczą” mleko wodą w proporcjach pół na pół. Tym gorzej dla osesków urodzonych w kraju tropikalnego socjalizmu… Odlane mleko staje się natomiast surowcem do produkcji sera, który też trafia na czarny rynek. – Tak to jest. Na Kubie trzeba „luchar” – uśmiecha się Juan. To hiszpańskie słowo znaczy tyle, co „walczyć”, „mocować się”, ale też „kombinować”, „dawać sobie radę”, „obchodzić system”. Na Kubie to sport narodowy.

Taksówkarz Pablo utyskuje na ceny benzyny, sprzedawanej po cenie urzędowej w wysokości 24 peso (jednego dolara) za litr. – Przy takich cenach nie opłacałoby mi się pracować! Dlatego jeżdżę na paliwie, które „wyciekło” z cysterny – opowiada bez skrępowania szofer. Jego dostawcami są pracownicy stacji benzynowych oraz kierowcy autobusów, ciężarówek i innych państwowych pojazdów, którym przysługują talony na tańsze paliwo. Skala oszustw na stacjach paliw przybrała takie rozmiary, że Fidel Castro porozstawiał kiedyś strażników przy każdym dystrybutorze, aby patrzyli na ręce obsłudze. Działało to przez kilka miesięcy, po czym się okazało, że strażników uczciwości też można przekupić.

Łapa w łapę

Każdy towar może wypaść z ciężarówki podczas transportu: równie dobrze mrożone brazylijskie kurczaki, jak chińskie wiertarki, telewizory albo telefony komórkowe. Dzieje się to zdumiewająco często, po czym każda taka zguba trafia w ekspresowym tempie na czarny rynek. – Importowane produkty sprzedawane w oficjalnym obiegu są obłożone podatkiem w wysokości 280 procent. – To rozbój! Poza czarnym rynkiem Kubańczycy nie mają dostępu do zagranicznych dóbr – opowiada pewien Europejczyk od lat mieszkający na wyspie.

Czarny rynek to jedno, ale jest jeszcze wszechobecna korupcja. Urzędnicy i funkcjonariusze organów bezpieczeństwa dorabiają sobie do marnych pensyjek, wyciągając przy każdej okazji rękę po łapówkę. Zwykle są to bardzo skromne datki – czasem wystarczy nawet pasta do zębów albo kostka mydła, aby nadać urzędowej sprawie szybszy bieg. Nawet służba zdrowia, chluba władz, nie jest wolna od tej plagi. Kubańczycy powiadają nawet zgryźliwie, że ich kraj przoduje, jeśli chodzi o „zieloną medycynę”. Nie ze względu na naturalne metody leczenia, tylko na dolary, które trzeba dać w łapę, aby umówić się na wizytę czy zrobić badanie.

Wszystko to jednak pestka w porównaniu z praktykami dygnitarzy. Embargo zmusza władze do wielu kombinacji, aby za pośrednictwem państw trzecich sprowadzać urządzenia oparte na amerykańskiej technologii. Każda taka operacja jest okazją do machlojek i pobierania ukrytych prowizji. A pomysłowość Kubańczyków nie zna granic. Znany jest przypadek, gdy szefowie państwowego przewoźnika tak zachachmęcili w papierach, że de facto przejęli na własność trzy państwowe samoloty.

Armia też dba o to, aby uszczknąć dla siebie kawałek tortu. Władze oddały w gestię wojskowych całą kubańską turystykę, a jest to intratna branża o wysokiej rentowności i ogromnym potencjale wzrostu. Przychody z turystyki sięgają obecnie 2,6 mld dolarów, a mogą być znacznie wyższe, jeżeli embargo faktycznie zostanie zniesione i na wyspę ruszy lawina amerykańskich turystów. Nikogo też nie dziwi, że większość nowych samochodów na wyspie jest własnością wysokich rangą wojskowych. Jednak Raúl Castro, którego chwalą za pragmatyzm wszyscy Kubańczycy, nieco ukrócił skalę grabieży. Oficerowie mogą być oddelegowani do zarządów spółek wchodzących w skład wojskowego holdingu tylko na pięć lat. Potem muszą wrócić do swoich jednostek. Mają więc czas, aby się wzbogacić, ale nie na tyle, żeby obrośli w piórka i zmienili się w potężnych oligarchów.

Peso kontra peso

– Każdy kręci i kombinuje w taki czy inny sposób. Władze niby patrzą na to przez palce, ale potrafią to wykorzystywać jako wyrafinowane narzędzie nacisku. Każdy ma coś na sumieniu i zdaje sobie sprawę, że milicja najpewniej o tym wie, bo nic się nie ukryje przed komitetami obrony rewolucji. Przy najmniejszych zalążkach buntu, nie mówiąc już o tworzeniu zorganizowanej opozycji, można przyszpilić delikwenta za byle drobiazg. To skłania do ostrożności – mówi emerytowany wykładowca akademicki, który dorabia sobie do głodowej emerytury jako „stacz kolejkowy”.

Na Kubie są w obiegu dwie waluty. Peso kubańskie, w którym wypłaca się pensje w budżetówce i za które można kupować towary w kiepsko zaopatrzonych państwowych sklepach, oraz peso wymienialne (CUC). Ten drugi pieniądz jest przeznaczony dla turystów przywożących twardą walutę. Poza tym aż 60 proc. ludności otrzymuje od krewnych w Stanach Zjednoczonych dolary wymieniane na CUC. Pozostała część mieszkańców też desperacko stara się je zdobyć, bo wymienialne peso to przepustka do świata konsumpcji.

Za dnia Cosette wykłada pedagogikę dla przyszłych nauczycieli. Nie ma jednak zbyt wielu złudzeń ani szczególnego poczucia misji. – Władze chcą, żeby wszyscy studenci otrzymywali dyplomy. Dlatego na egzaminach zdający piszą ołówkiem, abyśmy mogły wygumkować złe odpowiedzi i podciągnąć oceny – opowiada. Wieczorami odkłada stertę niesprawdzonych prac i wyrusza na długi spacer uliczkami starej Hawany. Przechadza się po najbardziej uczęszczanych alejach, kręcąc się w pobliżu barów odwiedzanych przez Europejczyków. Cosette i inne dziewczyny pracują tam jako jineteras, czyli „amazonki”, jak eufemistycznie określa się tutaj kobiety świadczące usługi seksualne. Nie wstydzą się tego zajęcia. – Nie wyrabiałam przy nędznej pensji, wynoszącej w przeliczeniu 20 dolarów. Potrzebuję wymienialnych peso na jedzenie, na drobne przyjemności i po to, aby pomagać rodzinie. Mam przyjaciółki lekarki, które prostytuują się razem ze mną. Żeby przeżyć, trzeba luchar – mówi Cosette.

Na ulicach Hawany i na plażach w Varadero można spotkać tysiące takich osób jak ona – liczących na szybką schadzkę za 50 CUC, a jeszcze lepiej na „zaręczyny”, czyli dłuższy układ trwający do wyjazdu turysty, a może nawet na małżeństwo z cudzoziemcem, którego się uda oczarować. – Niby nie ma tu domów publicznych, ale Kuba to jeden wielki burdel pod gołym niebem – opowiada Włoch, który przez sześć miesięcy w roku mieszka na gorącej wyspie i nie kryje swego upodobania do „karaibskiej zmysłowości”. – Seks stanowi ważną część branży turystycznej. Przyjeżdża też wielu gejów, z których część co roku spędza na Kubie dłuższe wakacje. Jak to często bywa, postawa władz jest niejednoznaczna. Prostytucja jest zakazana, ale tolerowana. Jineteras miewają jednak czasem problemy i są ciągane na milicję. Zwłaszcza czarnoskóre – opowiada.

Lekarki parające się prostytucją, ale także adwokaci prowadzący taksówki, uniwersyteccy profesorowie robiący za przewodników, architekci uczący tańczyć salsę niezgrabnych turystów, inżynierowie usługujący w paladares – prywatnych restauracjach zalegalizowanych przed trzema laty… Kuba się zmaga z poważnym problemem ucieczki elit. Dobrze wykształceni ludzie często podejmują pracę poniżej swoich kwalifikacji tylko po to, aby zdobyć bezcenne CUC.

Przywiązani do modelu

Próbując zatrzymać przynajmniej lekarzy w przychodniach i szpitalach, władze potroiły im pensje – z 20 do 60 dolarów miesięcznie. Bo medycyna jest największą chlubą i ważnym argumentem propagandowym dla władz. Choć jakość opieki zdrowotnej wyraźnie się pogarsza, to wciąż jest jednym z mitów rewolucji. A także głównym źródłem przychodów, bo reżim eksportuje lekarzy w zamian za euro i dolary do całej Ameryki Łacińskiej i do Afryki. Jest jednak druga medalu: oferując zieloną kartę wszystkim kubańskim lekarzom, którzy zrezygnują z powrotu na wyspę i zechcą osiedlić się w USA, Waszyngton narusza jeden z filarów castryzmu.

Na wyspie widać jednak pewne przywiązanie do „zdobyczy rewolucji”: publicznego szkolnictwa, opieki zdrowotnej, swoiście rozumianej równości społecznej. – Kubańczycy pragną radykalnych przemian gospodarczych, ale ich wymarzony model społeczeństwa nie jest tożsamy z amerykańskim. A opozycjoniści nie mają wysokich notowań w oczach Kubańczyków, którzy na ogół nawet nie wiedzą o ich istnieniu albo biorą ich za agentów CIA. Nie będzie kubańskiej wiosny na wzór tego, co wydarzyło się w krajach arabskich, a jeśli nawet coś takiego nastąpi, to nieprędko. Proces przemian gospodarczych jest już w toku. Kraj zyska dostęp do międzynarodowego systemu bankowego i nowe amerykańskie produkty trafią na wyspę. Kuba zniknie z amerykańskiej czarnej listy państw wspierających terroryzm, a władze zyskają dostęp do zagranicznej pomocy. Zwiększy się dostępność internetu, a liczba amerykańskich turystów wzrośnie dwudziestokrotnie. To zajmie jakiś czas, ale z tej drogi nie ma już odwrotu – ocenia europejski dyplomata pracujący na placówce w Hawanie.

– Jak długo żyję, władze zawsze zwalały winę za wszelkie problemy na dwa czynniki: embargo i huragany – mówi Marina. Po zniesieniu embarga reżim straci swoje główne alibi, a równocześnie na wyspę spadnie huragan: archaiczną, skrajnie zetatyzowaną gospodarkę, o jednym z najniższych wskaźników wydajności pracy na świecie, czeka zderzenie z nowoczesną gospodarką rynkową. O ile producenci rumu i cygar znajdą nowe rynki zbytu, to inne lokalne produkty zostaną zmiecione. Państwo nie będzie mogło dalej dawać zatrudnienia połowie ludności, a peso straci na wartości. Jakby w ramach próby generalnej bank centralny zapowiedział wprowadzenie do obiegu banknotów o nominale tysiąca peso. Nikt nie potrafi powiedzieć, ile zer trzeba będzie dopisać na banknotach po zniesieniu embarga. Kubańczycy wciąż muszą luchar.

na podst. Le Point

03.04.2015 Numer 07.2015
Więcej na ten temat
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną