Forum

Najciekawsze historie świata

Reportaż
7 stycznia 2016

Getto Afrykanerów

Bielszy odcień tęczy

Dwadzieścia lat po zniesieniu apartheidu nie wszyscy Afrykanerzy chcą być częścią „tęczowego społeczeństwa”. Najlepiej widać to w miasteczku Orania, pustynnej enklawie zamieszkanej tylko przez białych.
Marianne
Tygodnik FORUM Tygodnik FORUM

Przy wjeździe do najbardziej intrygującego miasta w Republice Południowej Afryki napis na tablicy głosi: „Orania – ojczyzna Afrykanerów”. Choć jest to raczej duża wioska – rozległe skupisko domków z zadbanymi ogródkami, a także nielicznych warsztatów, sklepów i budynków administracji. Cała ta zabudowa ciągnie się po dwóch drogach sennej drogi R369. Nieliczni kierowcy przejeżdżający przez Oranię nie zwracają uwagi na miejską flagę zwisającą smętnie na bezchmurnym niebie. Na niebiesko-pomarańczowym tle widnieje sylwetka chłopca, który dziarsko podwija sobie rękawy. On sam jest zupełnie biały, co doskonale oddaje charakter tej mieściny.

Prawie jak Pigmeje

W Oranii mieszka około 1100 osób i są to bez wyjątku biali Afrykanerzy, którzy przybyli w te strony, by stworzyć zalążek własnego autonomicznego regionu. Powstaje on na odizolowanych, półpustynnych obszarach Wielkiego Karuu. Do najbliższego dużego miasta, Kimberley, jest stąd 160 km. Mieszkańcy Oranii wyróżniają się na tle trzymilionowej białej społeczności w RPA. Większość pobratymców uważa ich w najlepszym razie za niepoprawnych marzycieli, jeśli nie za dziwaków albo rasistów tęskniących za segregacją.

James Kemp, który pichci akurat w swoim ogródku potijekos (tradycyjną afrykanerską potrawę z mięsa, ryb i warzyw, przygotowywaną nad ogniskiem), nie chce być zaliczany do żadnej z tych kategorii. Ten były dziennikarz radiowy, który przeniósł się tu z Pretorii, odpowiada za komunikację społeczną w miasteczku. Nie kryje rozgoryczenia postawą większości dziennikarzy i obserwatorów, którzy jego zdaniem opisują Oranię zbyt powierzchownie, powielając stereotypy. – Po wielokroć przypinano nam łatkę białych ekstremistów, pragnących przywrócić apartheid – mówi. Tymczasem w projekcie zainicjowanym na początku lat 90. przez teologa Carela Boshoffa chodziło o coś zupełnie innego.

Ten burski intelektualista i działacz kulturalny już w latach 80. zdawał sobie sprawę, że czarni nieuchronnie dojdą do władzy w RPA. Wraz z grupką współpracowników z South African Bureau for Racial Affairs zaczął wówczas głosić koncepcję samostanowienia Afrykanerów – jako odrębnego narodu, którego kulturowa i językowa odrębność są zagrożone. Takie katastroficzne koncepcje od dawna krążyły wśród Afrykanerów, ale Boshoff nadał im nowy sznyt, odwołując się do modnej idei obrony zagrożonych mniejszości i rdzennych społeczności z całego świata. Od 2008 r. Afrykanerzy są nawet członkami Organizacji Narodów i Ludów Niereprezentowanych (UNPO), obok Tybetańczyków, Kurdów czy Pigmejów.

W 1991 r. Boshoff wykupił starą opuszczoną osadę – skupisko drewnianych domków na pustkowiu, w których dawniej mieszkali robotnicy budujący zaporę. Takie były skromne początki Oranii. Boshoff zmarł w 2011 r. i ma tam swój grób. Jest otaczany szczególnym kultem, podobnie jak jego teść Hendrik Frensch Verwoerd, premier RPA w latach 1958–1966, uważany za jednego z architektów polityki segregacji rasowej.

Po śmierci ojca założyciela władze Oranii kultywują jego spuściznę. Na czym polega ich program? – Występujemy w obronie swojego języka, kultury i tożsamości. Mówimy, myślimy i żyjemy po afrykanersku, ale nie odrzucamy nikogo, kto chciałby do nas dołączyć, o ile w pełni podziela nasze przekonania – mówi John Strydom, jeden z przedstawicieli władz. Ten były lekarz, który po przeprowadzce do Oranii zajął się pracą na roli, wie jednak doskonale, że żaden kolorowy nie zgłosi chęci zamieszkania w tym mieście. – W naszym statucie nie ma żadnych zapisów, które by to wykluczały, ale chyba nie nastąpi to zbyt prędko. Tworzymy jednolitą wspólnotę, która nie jest nastawiona nieprzychylnie do innych, lecz pozostaje na uboczu – dodaje.

Być na uboczu. Taki program doskonale odpowiada potrzebom Sarela Roetsa, właściciela kawiarni i sklepiku z wyrobami lokalnego rzemiosła. Ten rosły 30-latek jest jednym z liderów lokalnego biznesu; to dzięki takim jak on w Oranii notuje się najwyższy w kraju, 10-procentowy wzrost gospodarczy. – Mój ojciec był oficerem w wojsku i członkiem Partii Konserwatywnej, ale krytycznie oceniał apartheid. W naszym domu popierało się koncepcję osobnego rozwoju, ale bez rasistowskiego ucisku – tłumaczy.

Rolnicza potęga

Murzyni z pobliskich wiosek pozostają więc odseparowani, ale niekiedy wpadają do Oranii, by zatankować albo zrobić zakupy. Gdy w 1995 r. Nelson Mandela odwiedził Oranię, zaprowadzono go do domu wdowy po premierze Verwoerdzie, a przecież dla miejscowych to coś w rodzaju mauzoleum. Każdy pożółkły dokument, każdy pamiątkowy przedmiot i każda czarno-biała fotografia wystawione w szklanych gablotach przypominają o losach Afrykanerów od czasu przybycia pierwszych białych osadników do Kraju Przylądkowego w 1652 r.

– To nasza historia, całe nasze dzieje – mówi Kemp i prowadzi na wzgórze górujące nad osadą. Wznoszą się tam posągi Hendrika Verwoerda i kilku innych słynnych Afrykanerów. Wieczorami można tam odetchnąć świeżym, rześkim powietrzem, by odpocząć po całodziennym znoju. Za dnia jest stąd bardzo dobry widok na całą okolicę. W promieniu wielu kilometrów rozciąga się plama zieleni o powierzchni ośmiu tysięcy hektarów. Wygląda jak ogromna oaza na suchym, jałowym obszarze spalonym przez słońce. Po przybyciu osadników Orania w krótkim czasie stała się rolniczą potęgą. – A przecież zaczynaliśmy naprawdę od zera – opowiada Stridor, który mieszka tu i pracuje od 1995 r.

Pierwszymi mieszkańcami byli zwolennicy Boshoffa, afrykanerscy idealiści żywiący głębokie przekonanie, że mogą zapisać nową kartę w historii. Potem dołączyli do nich farmerzy z północy obawiający się, że może ich spotkać taki sam los, jak białych rolników wypędzonych z Zimbabwe. A także wielu mniej zamożnych Afrykanerów, którzy po zniesieniu apartheidu stopniowo potracili swoje dotychczas chronione miejsca pracy. – Ci, którzy zakasali rękawy i wzięli się do solidnej roboty, nadal są tu z nami. Inni sobie nie poradzili i musieli wyjechać – opowiada Kemp. Tu wciąż są żywe pionierski duch, uczciwość i zapał do pracy. Afrykanerzy chętnie przeciwstawiają te postawy patologicznym zjawiskom takim jak korupcja, przestępczość czy uzależnienie od socjalu, według nich ciągnącym współczesne RPA na dno.

Na wyasfaltowanych uliczkach Oranii nie wala się ani jeden papierek lub niedopałek papierosa. Władze miasteczka stawiają na porządek i ekologię. – Chcemy tu stworzyć wolne od zanieczyszczeń i bezpieczne otoczenie – podkreśla Strydom. Pewnie dlatego samochody jeżdżą w ślimaczym tempie, a kierowcy nigdy nie omieszkają pozdrowić skinięciem ręki innego szofera albo przechodnia. – Właśnie to zrobiło na nas największe wrażenie podczas pierwszych zapoznawczych wizyt i dlatego postanowiliśmy się tu osiedlić. Ludzie byli przyjaźni, w miasteczku panowała luźna atmosfera i nieskazitelna czystość, co dawało poczucie absolutnego bezpieczeństwa – wspomina Roets.

Zero podrywu

Wśród tych, którzy się dali przekonać, są też Magdaleen Kleynhans i jej mąż Jaco, którzy przeprowadzili się tutaj z Pretorii. – Uciekliśmy przed coraz brutalniejszą przestępczością. Kiedy jeszcze byłam studentką, ukradziono mi samochód, którym dojeżdżałam na uczelnię. Nie chciałam, żeby nasze dzieci dorastały w atmosferze ustawicznego napięcia – opowiada Magdaleen. Początki w Oranii były ciężkie, ale dziś kieruje największą prywatną firmą w miasteczku. Jest to call center zatrudniające 35 osób, w większości kobiet.

W Oranii można żyć w miarę komfortowo i dostatnio, ale nie ma tam zbyt wielu okazji do rozrywek innych niż polowanie i gra w rugby na równiuteńkim boisku. – Aby się zabawić albo poderwać dziewczynę, lepiej się wybrać gdzie indziej – przyznaje Mario Schoeman, młody przybysz z odległej prowincji Mpumalanga. Choć narzeka trochę na nudę, to jest w sumie bardzo zadowolony, że znalazł tu pracę jako konserwator w gmachu władz miejskich.

W Oranii są również dwie prywatne szkoły wpajające uczniom wartości chrześcijańskie i afrykanerską kulturę. Johan De Klerk, dyrektor CVO Skool, pracował wcześniej w szkolnictwie publicznym. Do Oranii przeniósł się przed trzema laty. – To Bóg polecił mi tu przyjechać – wyjaśnia zupełnie na serio. Bóg jest, prawdę mówiąc, wszechobecny w tym miasteczku i przenika umysły wszystkich mieszkańców. – Religia jest dla nas filarem spójności społecznej. Tutaj nie ma miejsca na prostytucję, aborcję i szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby ateista mógł się dobrze czuć pośród nas – mówi Roets, który kiedyś studiował teologię. Jeśli chodzi o wybór wyznania, to mieszkańcy Oranii mają wręcz namiar bogactwa, bo działa tu 12 chrześcijańskich wspólnot. Fannie Hoffman, który stoi na czele największej z nich, pod nazwą Afrikaans Protestant Church, przedstawia się jako „stuprocentowo czysty Bur” i podkreśla, że nie wstydzi się i nie żałuje niczego w historii swojego narodu.

Ma jednak konkurenta w osobie Chalka Albertyna z kongregacji Dutch Reformed Church (DRC). Ten miejscowy „liberał” jasno deklaruje przywiązanie do tradycyjnych chrześcijańskich wartości, ale jednocześnie dystansuje się od apartheidu. – Co innego odrzucać multikulturalizm jako jedyny dopuszczalny, odgórnie narzucony model, a co innego budować własny alternatywny projekt na nienawiści do innych. Takiej postawy nie można tolerować – twierdzi.

Czarni? Jacy czarni?

Orania jest niewątpliwie bardzo ciekawym eksperymentem i jakąś formą społecznej utopii – inicjatywą na swój sposób nowatorską, choć tak tradycjonalistyczną w treści. Wciąż jednak pozostaje zaledwie skromną namiastką tego, co wymarzył sobie Boshoff. Ojciec-założyciel chciał tu ściągnąć tysiące Afrykanerów z różnych warstw społecznych. To marzenie się nie spełniło: nie przybyły nieprzebrane tłumy pionierów –  i już pewnie nie przybędą.

Bóg jest wszechmocny. Nie ma tu miejsca na prostytucję czy aborcję

Quintin Diederichs chce jednak nadal wierzyć w to marzenie. – Nasz lud potrzebuje przestrzeni, by móc żyć według własnego uznania. Między Rzeką Pomarańczową a wybrzeżem jest wystarczająco dużo przestrzeni, żeby zbudować niepodległe państwo albo przynajmniej autonomiczny region, taki jak np. Szkocja. Kiedyś to osiągniemy – zapewnia. Na razie Quintin musi się zmierzyć z bardziej prozaicznym problemem. Podobnie jak inni miejscowi pracodawcy postanowił, że nie zatrudni nikogo spoza afrykanerskiej społeczności. – Chodzi o to, żebyśmy nie popadli znowu w trudne, naznaczone bolesną przeszłością relacje z kolorową ludnością – powtarzają jednym głosem, zaprzeczając oskarżeniom o rasizm. Tyle że w Oranii na razie daje się odczuć brak wykwalifikowanej siły roboczej. – Autonomia to trudny proces… – wzdycha Quintin.

Marianne, Jeune Afrique

***

Prywatna enklawa

Orania jest własnością prywatnej firmy mającej 400 udziałowców (na 1100 mieszkańców miasta). Tylko ci akcjonariusze, właściciele domów lub gruntów na terenie Oranii, mają prawo wybierać siedmiu członków zarządu. Organ ten podejmuje wszystkie ważne decyzje dotyczące przyszłości i rozwoju miasteczka. Władze Oranii pobierają podatki lokalne i zapewniają pewien zakres usług publicznych, dbając m.in. o utrzymanie dróg, dostawy wody pitnej i elektryczności. W miasteczku działa również klinika i lokalny bank. Orania ma też własną walutę (ora). Choć władze miejskie i lokalne kościoły udzielają pomocy potrzebującym, to Orania nie jest miejscem dla osób, które chciałyby żyć z socjalu. Obowiązuje tam etos ciężkiej pracy, a bezrobocie praktycznie nie występuje. Założyciele stawiali sobie za cel pełną samowystarczalność, aby te tereny mogły się stać zalążkiem niepodległego państwa Afrykanerów (Volkstaat).

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną