Forum

Najciekawsze historie świata

Reportaż
4 sierpnia 2016

Syryjskie dzieci – niewolnicy Erdogana

Z Syrii w jasyr

Mali sprzedawcy, mali kelnerzy, mali tragarze... Czyżby armia karłów przejęła kontrolę nad gospodarką? Nie, to dzieci syryjskich uchodźców w Turcji, jedyni żywiciele swych rodzin.
Na podst. L’Obs

Błagam, zróbcie coś, żeby wrócił! – mówi z płaczem Mohamed. Ten syryjski 11-latek nie czeka na koniec wojny. Jest zresztą za mały, żeby pamiętać czasy pokoju w swoim kraju. Nie lęka się nawet zbłąkanych pocisków nadlatujących czasem zza syryjskiej granicy. Chciałby tylko znów zobaczyć ojca, który wyjechał kilka dni temu, nie podając nowego adresu. Prawdę mówiąc, Mohamed nie ma zbyt wiele czasu na ponure rozmyślania. Wraz z bratem bliźniakiem musi zarabiać na chleb. Dzień w dzień od szóstej rano do ósmej wieczorem pracują w niewielkiej piekarni w tureckim miasteczku Kilis. Mohamed zarabia w przeliczeniu jedno euro na dzień, ale jego rodzina nie może sobie pozwolić na utratę nawet tak skromnego dochodu. Gdy spadł ze schodów, dźwigając skrzynkę pieczywa, musiał chodzić do pracy ze złamaną nogą.

Etat u taty

Przed obskurnym blokiem, w którym osiedlili się syryjscy uchodźcy, można spotkać ich wujka Ibrahima. Ten czarnobrody islamista, członek grupy zbrojnej powiązanej z Al-Kaidą, jest gotów do rękoczynów, byle tylko nie wpuścić dziennikarzy do mieszkania. W końcu daje za wygraną. Matka chłopców tłumaczy, iż było mu wstyd przed obcymi, że cała ośmioosobowa rodzina żyje z tego, co zarobią dwaj 11-letni chłopcy. W tej przygranicznej mieścinie, oddalonej o 50 km od Aleppo, na każdym kroku widuje się takie zabiegane dzieciaki.

W Kilis, które jest zarazem przystanią dla uchodźców z Syrii i bramą dla dżihadystów zdążających do tego kraju, najciężej harują właśnie dzieciaki. Dla nich nigdy nie jest za wcześnie, aby zacząć zarabiać na chleb. Już ośmiolatek może być kelnerem, a dziesięciolatek – pomagać stolarzowi w warsztacie. Wprawdzie Ankara pod naciskiem Unii Europejskiej przyznała syryjskim uchodźcom prawo do legalnego zatrudnienia, ale niczego to nie zmienia. Turcy nadal wolą zatrudniać na czarno nieletnich, bo są tańsi i mniej wymagający. Dają się też łatwiej wykorzystywać i traktować jak popychadła.

Trudno dziwić się Turkom, skoro nawet Syryjczycy prowadzący biznes w Turcji najchętniej zatrudniają własne dzieci. Amar przyjechał do Kilis przed dwoma laty. Otworzył sklep meblowy, gdzie zatrudnia trzech synów, najstarszy z nich ma 14 lat. Chłopcy całymi dniami piłują deski zamiast chodzić do szkoły. Ich ojciec jest trochę zażenowany tą sytuacją, ale zaraz wyjaśnia: Nie mam wyboru, musimy z czegoś żyć. Zresztą mamy daleko do szkoły, do której przyjmują Syryjczyków, a klasy są przeładowane – liczą powyżej 80 uczniów. Moi synowie i tak by się niczego nie nauczyli, tylko ciągle przynosili jakieś choróbska.

Amar zyskał już trochę klientów, ale wciąż nie ma żadnych znajomych wśród Turków. – Nie rozumieją, dlaczego siedzimy im na głowie, zamiast walczyć za swój kraj… – mówi. Zapytany, jak wyobraża sobie przyszłość swoich dzieci na obczyźnie, obrusza się. – Na nic lepszego dla nich nie liczę, bo niby z jakiej paki? – pyta. Przed wojną 99 proc. syryjskich dzieci z każdego rocznika chodziło do szkoły podstawowej, a 89 proc. nastolatków kontynuowało naukę na poziomie średnim. Dziś sytuacja wygląda inaczej. W minionym roku szkolnym tylko jedna czwarta spośród 700 tys. syryjskich dzieci przebywających w Turcji uczęszczała do szkoły.

– To stracone pokolenie. Turcja produkuje rzesze analfabetów, którzy jeszcze bardziej zaniżą koszty pracy – ubolewa Sumaja. Ta młoda syryjska pracownica socjalna również jest zatrudniona na czarno. Jej pracodawcą jest… czołowa turecka organizacja humanitarna. Sumaja nie skarży się jednak, bo jej mali podopieczni są w znacznie trudniejszej sytuacji. Dzieci pracują przy maszynach bez odpowiedniego przeszkolenia i niezbędnych środków ochronnych. Kończy się tym, że trafiają do szpitala ciężko poranione, ze zmiażdżonymi kończynami.

Mama ma wymagania

Syryjskie dziewczynki pracują równie ciężko jak chłopcy, a ich los bywa nieraz jeszcze gorszy. Grozi im, że zostaną sprzedane tureckim albo syryjskim chlebodawcom jako stałe lub tymczasowe żony (ukryta forma prostytucji). Hudaj mieszka i pracuje w przemysłowej dzielnicy Antiochii. Pracuje siedem dni w tygodniu, po 12 godzin dziennie, nie wypuszczając z ręki pistoletu natryskowego. Za lakierowanie mebli dostaje w przeliczeniu 25 euro tygodniowo.

Jest wysoki jak na swój wiek, ma dopiero 12 lat i chorobliwie bladą dziecięcą twarz. Za to jego kombinezon roboczy jest cały uwalany kolorową farbą. Chłopiec chciałby jak najszybciej zakończyć rozmowę, bo boi się stracić posadę. A przecież ta praca stopniowo go zabija. Wieczorami często wymiotuje. Niedawno leżał przez sześć dni na oddziale intensywnej terapii z powodu zatrucia oparami. Po wypisaniu ze szpitala szef przyjął go z powrotem, ale kto wie, jak długo starczy mu cierpliwości?

W szkole i tak by się niczego nie nauczyli, tylko przynosili do domu jakieś choróbska

Jego matka Asma, która ukończyła studia ekonomiczne w Aleppo, wyjaśnia, że ma trzech synów i wszyscy pracują w firmie malarskiej. – To jeszcze dziecko, ale muszę od niego wymagać, żeby pracował jak mężczyzna – mówi o Hudaju. Gdy o piątej rano budzi go do pracy, chłopiec błaga, żeby pozwoliła mu pospać jeszcze przez pięć minut.

W Syrii dobrze się uczył, był świetny z matematyki. Chciałby kontynuować naukę, ale nie chce sprawić zawodu matce. Asma bardzo nerwowo reaguje na pytanie, czy jej syn ma jakieś marzenia i czy nie należałoby go posłać do szkoły. – On jest bardzo chory i absolutnie nie może podróżować! – twierdzi. Widać, że nie chciałaby stracić żywiciela rodziny. Jej mąż przez jakiś czas mieszkał w Turcji, nie miał jednak pracy, więc postanowił wrócić do Syrii. Tam się ożenił po raz drugi. Jeden z jej synów, 13-letni Mustafa, niedawno dołączył do ojca. Zapłacił przemytnikom ludzi, żeby go przerzucili do Aleppo. – Myślę, że uciekł, by móc się wreszcie wysypiać – wzdycha Hudaj.

Asma i jej dzieci mieszkają w domku, który wynajmują na spółkę z dwiema innymi syryjskimi rodzinami. U sąsiadów z górnego piętra sytuacja wygląda bardzo podobnie: tam również dzieci harują na utrzymanie rodziny. Jedenastoletni grubasek Abdu pracuje jako pomocnik u krawca. W tym samym zakładzie zatrudniono jeszcze tuzin dzieci. Wszystkie są Syryjczykami. Kilka dni temu szef zwymyślał Abdu, bo pomylił materiały. Przejęty chłopak dostał ataku padaczki. Kiedy matka nie słyszy, Abdu opowiada z błyskiem w oku, że w swojej klasie był najlepszy z arabskiego, lubi pisać wypracowania i chciałby zostać nauczycielem. Wie jednak, że to marzenie ściętej głowy. Jego siostra niedawno urodziła dziecko, po czym mąż ją zostawił. – Żyję w strachu, żeby szef mnie nie odprawił – wyznaje Abdu.

Szesnastoletni Mohamed, który codziennie sterczy pod mostem w Antakyi, licząc na to, że jakiś Turek weźmie go do pracy na budowie, nie wierzy w poprawę swojego losu. W Syrii dobrze się uczył, ale teraz nawet nie myśli o szkole. – Nie ma sensu żywić nadziei. To po prostu zabija człowieka – mówi z goryczą młody Syryjczyk.

Trzeba długo jechać drogami, które przecinają żyzne równiny Cylicji, aby trafić do obozowiska w Tuzli. Tam wśród pól, na których dojrzewają arbuzy, rozciąga się istne morze brudnych namiotów. W tym obozowisku dla robotników rolnych wykonujących prace sezonowe przeważają Syryjczycy. Wyparli ubogich Turków z zapadłych zakątków Kurdystanu i Anatolii, którzy niegdyś obrabiali tutejsze zagony. Teraz to oni zbierają buraki i ziemniaki w Anatolii, pomidory w okolicach Izmiru, pomarańcze i melony pod Adaną. Te owoce i warzywa idą na eksport do całej Europy. Godząc się pracować za jedną trzecią tego, co Kurdowie, Syryjczycy zepsuli rynek i nieliczni Turcy, którzy pozostali w obozowisku, szczerze ich za to nienawidzą.

Na polu wyzysku

Wśród namiotów rozbitych na błotnistym gruncie, przy cuchnących latrynach, zawszone dzieci bawią się, urządzając gonitwy i bijatyki. Ich nieco starsze rodzeństwo od rana jest na polu. Ciężarówka z przyczepą zbierająca ochotników do całodziennej ciężkiej harówki zajechała tu o szóstej rano. Czternastoletnia Nidżah, której oczy płoną od gorączki, nie mogła pójść dzisiaj do pracy. W swej rodzinnej wiosce w Syrii chodziła do szkoły. Jej rodzice mieli ziemię i dawali pracę uboższym Syryjczykom. Potem jednak do wioski dotarli rebelianci. Miejscowość kilka razy przechodziła z rąk do rąk, aż wkroczyli do niej bojownicy Państwa Islamskiego. Zniszczyli wszystko: pewnego dnia, gdy Nidżah poszła na targ z rodzicami, zobaczyła uciętą głowę nabitą na słup elektryczny. – Bardzo się bałam, że mnie też zabiją… – wyznaje.

Gdy mieszkała w Syrii, była jeszcze całkiem mała i nie przypomina sobie, żeby miała wówczas jakieś wielkie marzenia. Miała jednak przyjaciółki i czas na dziewczęce zabawy. Tego wieczoru nie myśli o dawnych czasach. Ma po prostu nadzieję, że jutro poczuje się lepiej. Przynajmniej na tyle, żeby mogła pracować, zgarbiona przez 12 godzin na polu arbuzów. Potrzebuje pieniędzy na worek ziemniaków, którymi wykarmi rodzinę przez następny tydzień.

na podst. L’Obs

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną