Forum

Najciekawsze historie świata

Rozmowa
15 lipca 2021

Cena holocenu

Drugiej szansy nie będzie

Zostało nam dziesięć lat na uratowanie naszej planety – ostrzega klimatolog Johan Rockström, współautor raportu „Stan wyjątkowy dla Ziemi”.
Johann Grolle
Der Spiegel Der Spiegel

Wcisnął pan guzik alarmowy. Tymczasem większość ludzi wahałaby się nawet przed uruchomieniem w pociągu hamulca bezpieczeństwa. Jak się czuje ktoś, kto ogłasza alarm dla całej planety?
Johan Rockström: Nie zrobiłem tego sam. My, zespół badaczy klimatu, wspólnie doszliśmy do wniosku, że są wskazania, aby ogłosić stan zagrożenia dla planety. Ale ma pan rację – nie przyszło nam to łatwo. Nikt przed nami nie uczynił czegoś takiego. A przede wszystkim – można to zrobić tylko raz. Drugiej szansy nie będzie.

Co pana nakłoniło, by uruchomić ten globalny alarm?
Zbiegają się tu dwie sprawy – wysokie ryzyko i krótki czas. Zbliżamy się do krytycznych wartości. Wyczerpaliśmy swoje zasoby znośnej jeszcze emisji dwutlenku węgla, szybko tracimy kolejne żywe gatunki. Innymi słowy, podcinamy gałąź globalnej równowagi, na której sami siedzimy. Jednak to jeszcze nie wystarcza, żeby ogłosić alarm. Impulsem był uciekający czas. Wchodzimy w decydujący okres dziesięciu lat. Lata 20. XXI wieku to ostatnia okazja, by odwrócić ster. W każdym kolejnym dziesięcioleciu musimy zmniejszyć o połowę emisję gazów cieplarnianych.

Czy pańska konstatacja była więc aż tak zaskakująca? Przecież klimatolodzy od wielu lat ostrzegają, że jest już „parę minut do dwunastej”?
Ustalenie, że system klimatyczny może tak szybko się zmienić, przyszło całkiem nieoczekiwanie, również dla mnie samego. Był to największy szok mojego życia naukowego. Fundament naszych obecnych ustaleń został położony w 2008 roku, gdy Hans Joachim Schellnhuber wraz z innymi kolegami odkrył rodzaj zwrotnicy w globalnym systemie klimatycznym, która przy przekroczeniu określonej wartości może się nagle przestawić. Dziesięć lat później raz jeszcze przyjrzeliśmy się tej analizie i doszliśmy wszyscy do przerażającego wniosku: dziewięć spośród piętnastu czy szesnastu najważniejszych bezpieczników w światowym układzie klimatycznym jest bliskich stanu alarmowego. Spośród tych dziewięciu aż trzy osiągnęły już najwyższy poziom zagrożenia: pokrywa lodowa na zachodniej Antarktydzie, arktyczny lód morski i tropikalne rafy koralowe.

To brzmi, jakby nawet już było za późno…
To nie jest nieuniknione, ale widzimy jednoznaczne sygnały, że wkrótce może być za późno. Poza tym nasze ostrzeżenie nie spada z jasnego nieba. Ponad sto krajów i regionów ogłosiło już stan klęski klimatycznej. To oczywiste, że klimat wypada ze swoich torów. Nasze ustalenia idą jednak dalej. Nie możemy zwracać uwagi wyłącznie na klimat. Nie wystarczy globalnie zdekarbonizować system energetyczny. Musimy osiągnąć bezpieczne wartości także innych globalnych parametrów. Chodzi tu o przenawożenie mórz, zanieczyszczenie powietrza, ochronę biologicznej różnorodności. Inaczej bowiem dojdzie do ryzykownych sprzężeń zwrotnych.

Symbol wrażliwości naszej planety nosi pan stale przy sobie.
Tak. Dawniej miałem zawsze małą kulkę w kieszeni spodni. Ale potem pewien japoński kolega podarował mi mini-Ziemię, którą od tamtej pory zwykle noszę przy sobie. Przypomina mi, że nie żyjemy już tak, jak kiedyś – w małym świecie na wielkiej planecie. My, ludzie, staliśmy się wielkimi graczami na małej planecie, której powinniśmy pilnie strzec. Jest to ten sam przekaz, jaki otrzymaliśmy za pośrednictwem zdjęć z Apolla, przedstawiających Ziemię wstającą nad księżycowym horyzontem.

Niedawno napisał pan, że ta mała niebieska planeta to symbol naszej wyjątkowej sytuacji.
Owszem, od mniej więcej 12 tys. lat mamy tu epokę holocenu – przejścia między jedną epoką lodowcową a drugą.

A co w tym szczególnego?
Holocen odznacza się wspaniałymi, stabilnymi warunkami. I tej stabilności zawdzięczamy tę cywilizację, którą znamy. Około 2,5 mln lat temu na Ziemi zaczęła się epoka lodowcowa, w której długie okresy lodowcowe były przeplatane tylko krótkimi epizodami ocieplenia. My, ludzie, wstąpiliśmy na tę scenę 200 tys. lat temu jako myśliwi i zbieracze i znaleźliśmy się w trudnych czasach, gdyż klimat zmieniał się bardzo często w sposób drastyczny. Ustabilizował się dopiero 12 tys. lat temu, w holocenie.

I to był impuls do rozwoju ludzkich wysokich kultur?
Tak, zaczęła się epoka rozwoju ludzkości. Zaczęliśmy hodować zwierzęta i wynaleźliśmy rolnictwo. Stało się to przesłanką dalszego rozwoju technologicznego. Przez 12 tys. lat globalna przeciętna temperatura wahała się tylko o jeden stopień w górę i w dół od średniej, która wynosiła 14 st. Celsjusza. To było warunkiem występujących na przemian pór suchej i deszczowej oraz stałej zmiany pór roku i właściwego obiegu wody w atmosferze. Kilka milionów myśliwych i zbieraczy mogło przetrwać na Ziemi, również gdyby dochodziło do znacznych zmian klimatycznych. Gdy jednak osiem, a wkrótce dziewięć miliardów ludzi chce się odżywiać i prowadzić życie w nowoczesnym świecie, potrzebujemy do tego holocenu. Na tym polega tragizm obecnej sytuacji. Dowiadujemy się właśnie, jak zależni jesteśmy od stabilnego klimatu. A minąwszy punkt krytyczny, zauważamy nagle: „O mój Boże, wskutek własnej działalności niebawem utracimy ten raj”.

Mówi pan jednak, że takie skoki temperatury, jakie przeżywamy obecnie, w historii Ziemi są raczej regułą niż wyjątkiem.
Nie, to błąd. To, co przeżywamy obecnie, jest bez precedensu. Co prawda w epokach lodowcowych dochodziło do szybkich zmian klimatu, zwłaszcza regionalnych, ale nigdy nie wykraczały poza pewien zakres. Obecnie znajdujemy się w epoce międzylodowcowej, przy jednym z najcieplejszych punktów ostatnich dwóch milionów lat. Jeśli jeszcze bardziej będziemy ogrzewać tę planetę, opuścimy normalny stan ciepła i wyruszymy ku całkiem innej sytuacji klimatycznej: epoki gorąca, jaka panowała na Ziemi w czasach dinozaurów. O epokach lodowcowych wiemy znacznie więcej niż o erze gorąca, wkraczamy więc na całkiem nieznany sobie teren.

Czy ten krok w nieznane jest wciąż przed nami, czy już go wykonaliśmy? Niektórzy naukowcy są zdania, że holocen dobiegł końca. Uważają oni, że dobre siedemdziesiąt lat temu opuściliśmy stabilny dla nas klimat holocenu.
Nie. Chodzi o to, że człowiek stał się dominującą siłą na naszej planecie. Mamy jeszcze szansę zmienić ten kurs.

W jakim stopniu ludzkość osiągnęła już krytyczne granice?
Nie ma jasnej granicy między równowagą a klęską. Jeżeli jednak kilka tych kostek domina straci stabilność, to cała planeta zacznie się kołysać. Na razie trudno nam sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądać. Jesteśmy obecnie na dobrej drodze, by zostawić za sobą epokę ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla. Teraz wielkie wyzwanie polega na tym, żeby zapanować także nad innymi kwestiami, np. bioróżnorodności. Spośród wielu złych wiadomości jedna wstrząsnęła mną szczególnie. Od 1970 roku populacja dzikich zwierząt skurczyła się o 68 proc. W ciągu mojego życia straciliśmy dwie trzecie dzikich zwierząt.

Tymczasem w dalszym ciągu wycina się lasy, wzrasta poziom emisji gazów cieplarnianych, a oceany stają się coraz bardziej kwaśne. Skąd bierze pan optymizm i wiarę, że ratunek jest jeszcze możliwy?
Żyjemy w schizofrenicznym świecie. Z jednej strony zanurzamy się coraz głębiej w strefę wysokiego ryzyka i emisje nadal rosną. Z drugiej w swoim życiu zawodowym nigdy jeszcze nie widziałem tak wyraźnych oznak głębokiej przemiany społecznej. Trend idzie w kierunku energii odnawialnych. Zarówno Ameryka, jak i Europa postawiły sobie za cel zjechać do zera z emisjami do 2050 roku. Kilka lat później mają nas dogonić Chiny. Nie ma już wątpliwości, że dojdzie do dekarbonizacji światowego systemu energetycznego. Pytanie tylko, czy nastąpi to wystarczająco szybko.

Jak wygląda ten plan działania?
Emisja na poziomie 300–400 mld ton dwutlenku węgla na całym świecie może potrwać jeszcze najwyżej siedem, osiem lat. Znajdujemy się więc w fazie końcowej. Musi nam się udać szybko zmienić wykres emisji i do 2030 roku zmniejszyć o połowę emisję gazów cieplarnianych. Pozwoli nam to do roku 2050 wylądować w świecie bez emisji.

Czy zmniejszenie o połowę uda się za jednym zamachem?
Wymaga to redukcji co roku o siedem procent. Co to oznacza, zrozumieliśmy podczas pandemii. Załamanie światowej gospodarki spowodowało zmniejszenie emisji mniej więcej w tym zakresie, jakiego potrzebujemy z roku na rok. Nie chcemy jednak osiągnąć tego celu tą samą metodą, jaką działa koronawirus. Musimy zmniejszyć emisję, otwierając równocześnie nowe perspektywy rozwoju. Nie rozbiórka, lecz przebudowa. I mamy pewność, że jest to możliwe. Sukces nie jest tylko mirażem.

Żąda pan programu Earthshot. Co to ma być?
Nazwa jest analogią do amerykańskiego programu Moonshot z lat 60. Proszę sobie przypomnieć, ile wysiłku i entuzjazmu włożyliśmy w poznanie innego ciała niebieskiego. Tymczasem największe wyzwanie polega nie na tym, żeby wylądować bezpiecznie na Księżycu czy Marsie, lecz na Ziemi. Program Apollo był przewidziany na dziesięć lat, dokładnie taki sam okres – tu widzę kolejną analogię – zostaje nam na znacznie ambitniejszy projekt Earthshot.

A na czym konkretnie polega ten projekt?
Chodzi głównie o dwie sprawy. Przede wszystkim nie wolno już nam inwestować w węgiel ani inne paliwa kopalne. Musimy natomiast wszelkie wysiłki skierować na znalezienie i rozwój energii odnawialnych. Ten proces jest na dobrej drodze. Jednocześnie musimy wstrzymać utratę biologicznej różnorodności. Do dzisiaj zmieniliśmy połowę powierzchni Ziemi w miasta, drogi, pola i pastwiska. Chrońmy połowę dzikiej natury, która jeszcze się ostała, przed zakusami ludzi. Właśnie po to, aby mogła im służyć. To oczywiście wielkie wyzwanie polityczne. Oznacza na przykład, że musimy usiąść z brazylijskim prezydentem Jairem Bolsonarem i powiedzieć mu, że las deszczowy w Amazonii jest dobrem wspólnym, ma bowiem ważną rolę do spełnienia na Ziemi.

I uważa pan, że Bolsonaro odpowie na to: „Ależ oczywiście, w takim razie odwołam wszystkich drwali z lasu”?
Naszym zadaniem jest skłonić Brazylię do ochrony Amazonii i stworzyć globalny fundusz, który finansowałby światowy system ekologiczny i ochronę ważnych dla wszystkich dóbr natury. W teorii za wymyślenie czegoś takiego należy się nawet Nagroda Nobla.

Projekt Apollo dla ratowania Ziemi będzie oznaczać odejście od panującej filozofii wzrostu.
Naszym celem musi być stworzenie dobrych warunków do życia dla wszystkich ludzi na Ziemi. Czy to się dzieje ze wzrostem, czy bez wzrostu, jest sprawą drugorzędną. W żadnym wypadku nie możemy stworzyć wrażenia, że ochrona klimatu i utrzymanie bioróżnorodności stoją w sprzeczności ze wzrostem gospodarczym. To błąd, który ekolodzy popełniali dość często. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Jeśli nie zatrzymamy zachodzących zmian klimatu, wówczas globalne ocieplenie wyrządzi znaczne szkody naszej gospodarce w wyniku ekstremalnych zmian pogodowych i ryzyka dla zdrowia ludzi.

Uważa więc pan, że obecne dziesięciolecie zdecyduje o przyszłości ludzkości?
Tak. Wszystko zależy od nas.

© Der Spiegel, distr. by NYT Synd.

***

Johan Rockström (ur. w 1965 r.), szwedzki klimatolog, agronom. Jeden z dwóch szefów Instytutu ds. Badań Klimatu w Poczdamie. Jest znany zwłaszcza ze swoich pomiarów „granic planetarnych”, które określają krytyczny poziom, po przekroczeniu którego układ klimatyczny Ziemi nieodwracalnie popędzi ku zagładzie. Razem z sześciorgiem kolegów i koleżanek po fachu ogłosił w „Nature” raport „Stan wyjątkowy dla Ziemi”.

Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć